Powiedział ksiądz, że ma "przyjaciół homoseksualistów". Mogę ich poznać? Ks. Oko kiwa głową. - Umożliwię to panu, ale mój znajomy z homoseksualizmu już się wyleczył.

Ksiądz Dariusz Oko, teolog, wykładowca Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie, staje w Sejmie, by dać posłom wykład o zagrożeniach gender, ateizmie, gejach. "Lekarze stosują takie porównanie inżynierskie, że seks gejowski to jest tak, jakby tłok silnika zamiast w cylindrze silnika poruszał się w rurze wydechowej. To jest medycznie i technicznie katastrofa. Bo i samochód nie pojedzie, i rura się rozwali. I stąd biorą się choroby i problemy".

Wieczorem tego samego dnia ksiądz gości u Moniki Olejnik w studiu TVN 24.

Olejnik: - Ksiądz nie lubi gejów, prawda? Uważa, że geje to deprawacja...

- Skądże! Mam przyjaciół homoseksualistów. Dziękują za to, co robię, bo mówią, że wyrażam ich doświadczenia.

"Jak osły, małpy jakieś..."

Paweł siedzi za biurkiem w gabinecie jednej z krakowskich uczelni. Jest biologiem, pięćdziesięciolatkiem. Drobny, o szczupłej twarzy i delikatnych dłoniach. Mówi wolno, wysokim tonem.

- Większość znajomych gejów to katolicy. Chodzą do kościoła, spowiedzi, gdy nie ma wielu ludzi. Dwa światy, nie wiem, jak sobie z tym radzą. Tłumaczą, że Kościół mylił się wobec Galileusza czy Giordana Bruna i w końcu przeprosił, tak i oni usłyszą kiedyś przeprosiny. Mówią, że fizyczne wyrażanie uczuć homoseksualnych to nie grzech, więc się z tego nie spowiadają. I dobrze, bo moja szczera spowiedź była ostatnią. Darek Oko ze swoimi wypowiedziami tylko mnie utwierdził, że nie mam po co wracać do Kościoła .

Chodzę do Szkoły Podstawowej nr 96 im. gen. Świerczewskiego w Krakowie. Darek jest o kilka lat starszy. Nauczyciele są nim zachwyceni, "Daruś wszystko umie", "na każde pytanie odpowie". Pamiętam, gdy do klasy wchodzi triumfująca nauczycielka, bo złapała go na nieprzygotowaniu.

Także szkołę średnią mamy wspólną, w połowie lat 70. To znane liceum im. Jana III Sobieskiego. Darek chodzi do klasy matematyczno-fizycznej, jest przewodniczącym samorządu. W olimpiadzie fizycznej doszedł do finału. Dyrektor był dumny z absolwenta, który pójdzie bez egzaminu na Akademię Górniczo-Hutniczą, ale gruchnęła wieść, że wybrał seminarium. Szok, największy dla dyrektora. To był koniec moich kontaktów z Darkiem. Nigdy nie rozmawialiśmy, ale zapadł mi w pamięć jako chluba szkoły.

Od kiedy wiem o swojej orientacji homoseksualnej? Mam 12 lat, idę latem na Rynek Główny. Modne są wąsy, obcisłe spodnie. Mój wzrok wyłapuje z tłumu mężczyzn, nie kobiety. Tak się zaczęło. Ale jestem z katolickiego domu, zawsze byłem posłuszny nakazom. Chodziłem do kościoła, siłą zwyczaju, rytualnie. W stanie wojennym chodzę świadomy, bo jest atmosfera podniosłości religijnej, bo Karol Wojtyła zostaje papieżem. Modlę się, by Bóg pomógł mi się zmienić, by podobały mi się kobiety, bym mógł wtopić się w tłum, bym czuł się bezpiecznie. Na studiach chodzę na duszpasterstwo akademickie do charyzmatycznej grupy dominikanów. Nie zdradzam się z orientacją seksualną, boję się. Na trzecim chyba albo czwartym roku klęczę przed konfesjonałem.

"Jestem homoseksualistą" - mówię księdzu.

"Jak zwierzęta?".

"Jak to zwierzęta... co ksiądz o tym wie, bo jestem biologiem...".

"Jak osły, małpy jakieś...".

"Ale jakie ma ksiądz kompetencje, by coś o tym wiedzieć! Ksiądz nie zajmuje się zoologią".

Spór trwa chyba godzinę. Zdobywam się na szczerość, a słyszę, że jestem zwierzęciem. Za plecami wydłuża się kolejka do spowiedzi, a ksiądz dalej, że grzech, dogmaty teologiczne, nasz papież, piekło. Nie pozostaję dłużny: ewolucja, Darwin, populacje. Nie dostaję rozgrzeszenia. Nigdy już nie wrócę do Kościoła, przestaję się modlić, godzę się z homoseksualizmem.

Gdy mam 30 lat, wyprowadzam się od rodziców, bo nie mogę słuchać, jak matka płacze przez ścianę, że ma syna homo, modli się, by Bóg coś z tym zrobił. Pochodzi z rodziny krakowskiej, silnie rozgałęzionej, na każdej ulicy ktoś mieszkał. Mogli widzieć, z kim chodzę. Katolicyzm i wstyd.

Spotykam innych gejów, też katolików, którzy nie mają takiego problemu, bo wyznają zasadę, że co boskie Bogu, a cesarskie cesarzowi. Nie spowiadają się z życia seksualnego. Jedna ze znajomych mi par żyje wspólnie od 30 lat. Twierdzą, że religia daje im silne podstawy do życia. Nie wnikam, bo jednak zbyt wiele tu sprzeczności.

Mam 50 lat, partnera, ale Wigilię spędzam z rodzicami i ciocią, a on ze swoimi. Nie lubię Wigilii.

W marszach równości nie chodzę. Nie lubię napięcia w powietrzu, tłumów. Cenię przewidywalność, rutynę.

Kilka lat temu znów pojawia się Darek Oko, w mediach. Ta sama twarz... Widziałem go ostatnio na Naszej Klasie... [otwiera komputer]. O, to zdjęcie klasy B, rocznik 1975-79. Darek stoi tu, jakby z boku [Oko, wtedy 17-letni, z krótkimi blond włosami, patrzy w ziemię z pochmurną miną].

Czytam jego homofobiczną publikację, widzę, że jest częścią tego Kościoła, który mnie potępił. Mówi, że "ma przyjaciół homoseksualistów". Nie wierzę. Sądzę, że to alibi, by pokazać, że jednak nas w jakiś dziwny sposób akceptuje. Ale mówi też o "tłoku w rurze wydechowej", co odziera mnie z człowieczeństwa. Odpadło to złoto wokół pomnika, jakie stawiali mu nauczyciele, a zostało wulgarne jądro. Gdybym go spotkał, nie rozmawiałbym z nim, więc nie dowiedziałby się, że jestem gejem.

"Gdy Freddy umiera..."

M. studiuje teologię na Uniwersytecie Jana Pawła II. Wysoki, przystojny, siada w fotelu w domu, w którym mieszka z rodzicami. Jest rozluźniony, pewny siebie. Sądzi, że nie warto dyskutować z księdzem Oko, bo M. jest na początku kariery naukowej. Po co sobie robić wrogów? Prosi, by "kościół" pisać dużą literą.

- Katolicyzm w mojej rodzinie miał charakter czysto rytualny. Nabożeństwa mnie nudzą, jako nastolatek przestaję myśleć o Bogu.

Homoseksualizm odkrywam, mając może 17 lat. Wiem, że gejami są Elton John, Richard Chamberlain, Freddy Merkury, no i ja. Gdy Freddy umiera, uznaję, że populacja gejów zmniejszyła się o 25 proc. Odkrywam gejowskie czaty internetowe, na których pytam jakiegoś mężczyznę:

"Jesteś gejem?".

"No tak".

"Jak też!" - odpisuję w euforii.

To chyba była moja pierwsza deklaracja gejowska. Ale nie lubię słowa "gej", bo ma ono w sobie moc tworzenia nowej kategorii ludzi - ni mężczyzny, ni kobiety - jest jak pułapka. Lubię słowo "mężczyzna", i tak się czuję.

Idę na studia teologiczne i jestem ateistą, ale dopuszczam jakąś siłę wyższą. Interesuję się historią, więc teologia mi pasuje, choć jej nie rozumiem. Ale stopniowo zajmuje mnie finezja myśli, żelazna logika i świat symboli. Moja wiara rodzi się dopiero pod wpływem dogmatyki, w szczególności nauki o Trójcy Świętej i chrystologii. Potem przychodzi czas na sakramenty. Ta droga do wiary jest niecodzienna, bo zazwyczaj wiara rodzi się z emocji, np. choroby lub zachwytu nad stworzeniem, a u mnie ex auditu, mówiąc za świętym Pawłem, czyli ze słuchania.


Ksiądz Oko jest jednym z wykładowców. Lubię jego zajęcia ze współczesnej teologii, bo są klarowne, łatwo robić notatki. Jest przewidywalny (wiadomo, o co może zapytać na egzaminie), a to dla studenta przyjazne. Nie traktuje nas jako zła koniecznego, troszczy się. Lubimy go. Nie pamiętam, by zdarzało mu się dowcipkować. Napisał bardzo solidny doktorat o Łasce Bożej, czyli sposobie, w jaki Bóg postępuje ze stworzeniem.

Nie miałem z ks. Oko towarzyskiego kontaktu, a gdybym miał, nie powiedziałbym, że jestem gejem. Bałbym się, że zmieniłby optykę patrzenia na mnie, że miałby zdeformowany obraz mojej osoby. Co sądzę o jego wypowiedziach? [M. zastanawia się przez dłuższą chwilę]. Myślę, że duch dokumentów Kościoła jest inny, niż postrzega to ksiądz Oko. On idzie dalej. Łatwo jest powiedzieć: potępiam nie ludzi, ale grzech, ale czasem można odnieść wrażenie, że u ks. Oko te granice się zacierają. Martwi mnie to, bo dla teologii sprawa gejów czy gender nie jest kluczowa. W epoce pierwszych soborów zastanawiano się nad Trójcą Świętą i to były ważne tematy. Ksiądz Oko zabiera głos na temat gejów i gender, bo widzi, że interesuje to społeczeństwo. ''Rura wydechowa'', ''tłok''? Nie czuję się upokorzony, ale rozumiem, że można się tak czuć. Uważam to za jarmarczny żart na potrzeby mediów.

Dla Kościoła gender i kwestia homoseksualizmu są zagrożeniem i szansą. Szansą, którą można i należy wykorzystać. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa zagrożeniem dla Kościoła była filozofia grecka, ale nie okazała się diabelstwem, wręcz przeciwnie, ubogaciła chrześcijaństwo. Potem docierają do Europy nauki Arystotelesa, które uderzają w kluczowe dogmaty, a odpowiedzią jest tomizm, który rewitalizuje chrześcijaństwo. Gender przy tamtych zagrożeniach to nic strasznego, raczej znak naszych czasów. Pytanie: czy my, teologowie, to wykorzystamy? Pod całym tym szumem medialnym na temat gender widzę doświadczenie cierpiącego człowieka. Człowieka, który oczekuje zbawienia. A przecież z podobnych źródeł powstaje wiara. Dlaczego ks. Oko nie dostrzega tego potencjału? Może to emocje?

Znam wielu teologów homoseksualistów, choć czasem tylko z plotek. Nie rozmawiamy na ten temat. Każdy oddaje to swojemu sumieniu. Moje sumienie? [Zastanawia się chwilę, chyba ma mętlik w głowie]. Wierzę w nieskończoną, zbawczą wolę Boga. Każdy jest grzeszny i sądzę, że mam poważniejsze grzechy niż mój homoseksualizm.

Chyba pogodziłem się z tym, że wśród teologów nie mogę ujawnić orientacji. Boję się, że cała moja osoba zostanie pożarta przez ten jeden jej element, a coming out zastopuje mój rozwój.

"Boże, daj 20 punktów"

Barbara jest filigranowa, o twarzy dojrzałej, stanowczej kobiety pod czupryną krótkich, chłopięcych włosów. Wyciąga lekko dłoń.

- Jestem Artur - mówi, ściskając mocno. Czujnie się rozgląda, bo przy restauracyjnym stoliku siadają dwaj młodzi mężczyźni. Kilka lat temu Barbara obejrzała "Tajemnicę Brokeback Mountain" i uszła z niej tajemnica. Mąż i dzieci usłyszeli, że od zawsze czuła się mężczyzną. Kolegów lekarzy poprosiła, by mówili do niej Artur, pacjentów nie chce szokować. Jest dla nich nadal sympatyczną "panią Basią". Artur raz spotkał księdza Oko, gdy ten organizował wycieczkę dla lekarzy. Ks. Oko jest ich duszpasterzem w Małopolsce.

Arturowi jest przykro, gdy kelnerka pyta: "Co pani podać?". Nie poddał się kuracji hormonalnej.

- Rodzice wierzyli i praktykowali, ale nie byli szczególnie zaangażowani. Dziadek ekonomista pomagał premierowi Grabskiemu w reformach. Z zamiłowania filozof, w latach 60. prowadził w Krakowie spotkania intelektualne. Przychodzili księża, także Karol Wojtyła.

Mam kilka lat, gdy odrzucam żeńskie imię, noszę ułańskie czako, utożsamiam się z żołnierzami z obrazu "Olszynka Grochowska". Ojciec wychowuje mnie na małego patriotę i uczy "Pierwszej Brygady". Biegam z karabinem z tektury albo jestem kowbojem z westernu. Rodzina szczęśliwa, sądzi, że jestem dziewczynką. Mam opiekunkę, która szyje mi spodnie, bluzę, czapkę z daszkiem, więc cieszę się, ale czasami szyje też spódniczkę plisowaną, kokardy, fartuchy, a wtedy się zasępiam.

Mam chyba 13 lat, gdy poznaję Mańkę i Irkę, takie same jak ja. Bawimy się w "Trylogię". Jestem Kmicicem, a one Wołodyjowskim i Skrzetuskim. Do końca liceum trwa ta przyjaźń mężczyzn uwięzionych w kobiecych ciałach. Świat widzi we mnie chłopaka, bo mam krótkie włosy, a jestem zbyt młody na zarost - bardzo szczęśliwy czas.

Ale nie wierzę w to szczęście, więc na przekór wbijam się w damskie ubrania, staję przed lustrem i mówię sobie: jakoś to nawet leży. Zaczynam podrywać chłopaków w tych strojach, ciągam ich po jaskiniach na wyprawy. Widzą we mnie kompana, miło się uśmiechają.

Imponuje mi mama lekarka, a jako rycerz jestem łakomy na przysięgi, decyduję się na tę Hipokratesa. Pytam Boga: "Chcesz, bym był lekarzem, to daj mi 20 punktów na olimpiadzie biologicznej". Daje.

Spotykam mojego Szymona. Widzi we mnie kobietę o cechach męskich. Odpowiada mu ktoś silny, równoprawny, kto zastępuje go w rolach męskich. Jest bardzo dobrym człowiekiem. Utożsamiam się z rolą kobiecą, pobieramy się, rodzę mu trójkę dzieci. Ciąża to dla mnie przeżycie jednoczące świat ludzi i zwierząt. Wspominam czuwanie przy porodach koni, gdy chodziłem do klubu jeździeckiego. Myślę wtedy: "Lubię życie, niech ktoś też je ma".

Karmię piersią, bo to dobre dla dzieci, a na sali porodowej się integruję, bo tak trzeba. Byłem czuły dla dzieci, ale chyba w inny, taki konkretny sposób. Sądzę, że moje macierzyństwo wywołały hormony, bo pewnie Bóg czuwał w ten sposób nad moimi dziećmi.

Bóg zawsze był obecny w moim życiu. Religię mam z księdzem Mieczysławem Turkiem, ciepłym, miłym, inteligentnym, który nie stawia ocen na religii, mówi o sensie wiary, filozofach, innych religiach. Myślę, że gdybym z nim rozmawiał, zrozumiałby mnie. Cytuje nam z książki "Więcej niż cieśla", mówiąc: "Jezus był wariatem albo oszustem, albo mówił prawdę".

Choć wiele fragmentów Biblii jest trudnych i niejednoznacznych, to rozum i intuicja mówią mi, że Jezus mówił prawdę. Nie wierzę w niego, ale jemu, i gdyby nie to, byłbym 100-proc. agnostykiem. Jestem chrześcijaninem, bo Jezus oddał życie za prawdę, nie stosował przemocy, był nonkonformistą, rozmawiał z prostytutkami, złodziejami, tłumaczył ważne rzeczy. Narażał się duchownym i faryzeuszom. Przekonuje mnie koncepcja jego pełnego człowieczeństwa, gdy odkrywa wszystko w trudzie, ale nie jest do końca pewien, jak zakończy misję. Umierając za ludzi i za wierność prawdzie, przeżywa ostateczne zwątpienie, a na koniec wbrew temu heroicznie umiera.

Duży wpływ ma na mnie mama Magdy, tej, która udawała Wołodyjowskiego. Z tą mamą, która przyjęła rolę Zagłoby, rozmawiam o wierze. Jest fanką "Tygodnika Powszechnego", podrzuca mi teksty Hennelowej, Turowicza. Chodzimy do kościoła, przyjmuję komunię. Zaprzyjaźniam się z dominikanami, pogłębiam spojrzenie na wiarę.

Dzieci pytają mnie, jak żyć. Tak, by nasza ostatnia chwila, gdy komórki mózgowe pobudzone są w stresie umierania, gdy widzimy życie w ostrości i głębi, to był obraz dobrego życia. Nawet jeśli ta chwila miałaby być jedynym niebem. Dlatego powiedziałem rodzinie, przyjaciołom, wielu znajomym, kim jestem.

W naszej grupie Wiara i Tęcza my - geje, lesbijki i transpłciowi - uczymy się dziękować Bogu za dar bycia sobą, za zdolność do odpowiedzialnej miłości, gdzie seks także może być dobrem. Wierzymy, że ludzie to dostrzegą, a Kościół uzna i doceni.

"Homoseksualizm - droga do świętości"

Ksiądz Dariusz Oko zgadza się na spotkanie, ale zastrzega, że tylko towarzysko. Jest wysoki, atletyczny, siada w pustej sali wykładowej, w której - czego ksiądz Oko nie wie - bywa także M., student teologii, ukryty przed nim gej.

Ale nie wierzę w to szczęście, więc na przekór wbijam się w damskie ubrania, staję przed lustrem i mówię sobie: jakoś to nawet leży. Zaczynam podrywać chłopaków w tych strojach, ciągam ich po jaskiniach na wyprawy. Widzą we mnie kompana, miło się uśmiechają.

Imponuje mi mama lekarka, a jako rycerz jestem łakomy na przysięgi, decyduję się na tę Hipokratesa. Pytam Boga: "Chcesz, bym był lekarzem, to daj mi 20 punktów na olimpiadzie biologicznej". Daje.

Spotykam mojego Szymona. Widzi we mnie kobietę o cechach męskich. Odpowiada mu ktoś silny, równoprawny, kto zastępuje go w rolach męskich. Jest bardzo dobrym człowiekiem. Utożsamiam się z rolą kobiecą, pobieramy się, rodzę mu trójkę dzieci. Ciąża to dla mnie przeżycie jednoczące świat ludzi i zwierząt. Wspominam czuwanie przy porodach koni, gdy chodziłem do klubu jeździeckiego. Myślę wtedy: "Lubię życie, niech ktoś też je ma".

Karmię piersią, bo to dobre dla dzieci, a na sali porodowej się integruję, bo tak trzeba. Byłem czuły dla dzieci, ale chyba w inny, taki konkretny sposób. Sądzę, że moje macierzyństwo wywołały hormony, bo pewnie Bóg czuwał w ten sposób nad moimi dziećmi.

Bóg zawsze był obecny w moim życiu. Religię mam z księdzem Mieczysławem Turkiem, ciepłym, miłym, inteligentnym, który nie stawia ocen na religii, mówi o sensie wiary, filozofach, innych religiach. Myślę, że gdybym z nim rozmawiał, zrozumiałby mnie. Cytuje nam z książki "Więcej niż cieśla", mówiąc: "Jezus był wariatem albo oszustem, albo mówił prawdę".

Choć wiele fragmentów Biblii jest trudnych i niejednoznacznych, to rozum i intuicja mówią mi, że Jezus mówił prawdę. Nie wierzę w niego, ale jemu, i gdyby nie to, byłbym 100-proc. agnostykiem. Jestem chrześcijaninem, bo Jezus oddał życie za prawdę, nie stosował przemocy, był nonkonformistą, rozmawiał z prostytutkami, złodziejami, tłumaczył ważne rzeczy. Narażał się duchownym i faryzeuszom. Przekonuje mnie koncepcja jego pełnego człowieczeństwa, gdy odkrywa wszystko w trudzie, ale nie jest do końca pewien, jak zakończy misję. Umierając za ludzi i za wierność prawdzie, przeżywa ostateczne zwątpienie, a na koniec wbrew temu heroicznie umiera.

Duży wpływ ma na mnie mama Magdy, tej, która udawała Wołodyjowskiego. Z tą mamą, która przyjęła rolę Zagłoby, rozmawiam o wierze. Jest fanką "Tygodnika Powszechnego", podrzuca mi teksty Hennelowej, Turowicza. Chodzimy do kościoła, przyjmuję komunię. Zaprzyjaźniam się z dominikanami, pogłębiam spojrzenie na wiarę.

Dzieci pytają mnie, jak żyć. Tak, by nasza ostatnia chwila, gdy komórki mózgowe pobudzone są w stresie umierania, gdy widzimy życie w ostrości i głębi, to był obraz dobrego życia. Nawet jeśli ta chwila miałaby być jedynym niebem. Dlatego powiedziałem rodzinie, przyjaciołom, wielu znajomym, kim jestem.

W naszej grupie Wiara i Tęcza my - geje, lesbijki i transpłciowi - uczymy się dziękować Bogu za dar bycia sobą, za zdolność do odpowiedzialnej miłości, gdzie seks także może być dobrem. Wierzymy, że ludzie to dostrzegą, a Kościół uzna i doceni.

"Homoseksualizm - droga do świętości"

Ksiądz Dariusz Oko zgadza się na spotkanie, ale zastrzega, że tylko towarzysko. Jest wysoki, atletyczny, siada w pustej sali wykładowej, w której - czego ksiądz Oko nie wie - bywa także M., student teologii, ukryty przed nim gej.


Ksiądz słucha, niewiele mówi. Jest czujny.

- Rozmawiałem z gejami, którzy księdza znają, z transseksualnym Arturem. Szukają drogi w Kościele, który ich nie chce. Powiedział ksiądz, że ma "przyjaciół homoseksualistów". Mogę ich poznać?

Ks. Oko kiwa głową. - Umożliwię to panu, ale mój znajomy z homoseksualizmu już się wyleczył. Pomaga też się wyleczyć innym.

Dostaję mail do Ewagriusza - to pseudonim nawiązujący do starożytnego mnicha. Pytam o jego tożsamość homoseksualną, terapię. W odpowiedzi przychodzi mail. Krótki, nie licząc wstępu, w którym Ewagriusz podaje w wątpliwość moje zdrowie psychiczne, skoro interesuje mnie taka tematyka.

''Nie jestem homoseksualistą - pisze Ewagriusz - według definicji Kościoła katolickiego, albowiem nigdy nie podjąłem relacji homoseksualnej, a według Katechizmu osoby homoseksualne to takie, które podejmują takie właśnie relacje. Nie przechodziłem terapii. Nie byłem w ''Odwadze'' [organizacja związana z Kościołem poddająca terapii osoby homoseksualne]. Znam setki historii osób homoseksualnych. Przyjaźnię się z homoseksualistami i osobami o skłonnościach homoseksualnych. Przystępuję do sakramentów. Jestem żonaty, mam dzieci, aktywność płciową podjąłem po ślubie, nie stosuję antykoncepcji. Co więcej chciałby Pan wiedzieć? I po co? Czemu to miałoby służyć? I jakie miałoby to znaczenie dla Pana? [dodaje cytat za św. Teresą z Lisieux: ''Ja także chciałabym znaleźć windę, żeby wznieść się aż do Jezusa, gdyż jestem zbyt mała, aby wspinać się po stromych schodach doskonałości''].

Może osobom o skłonnościach homoseksualnych nie jest dana winda, może trudno im iść po schodach, gdzie łatwo się pośliznąć i łatwo o upadek, ale czy to oznacza, że nie warto spróbować? Ewangeliści, mówiąc o doskonałości, świętości, używają greckiego słowa, które oznacza spełnienie. "Bądźcie doskonałymi" oznacza "Bądźcie spełnionymi". Życie osób homoseksualnych również może być spełnione i może być święte. Trawestując słowa Jana Pawła II, można powiedzieć: "Homoseksualizm nie musi być przeszkodą do świętości, może być drogą do świętości". Osoba o skłonnościach homoseksualnych może radośnie przeżywać swoją seksualność, co niekoniecznie oznacza plakietkę z napisem "gej".

====================================

http://wyborcza.pl/magazyn/1,136631,15460865,Geje_ksiedza_Oko.html