Bo ja pamiętam jak to wyglądało wcześniej. Nie rok wcześniej — dwadzieścia, trzydzieści lat wcześniej. Kiedy środowisko to było coś realnego. Były kluby, były ogłoszenia drobne w gazetach (tak, w gazetach — pisałem takie ogłoszenia, redagowałem je, wiem jak wyglądały), były siatki znajomości które działały bez algorytmu i bez premium subscription. Znałeś kogoś, kto znał kogoś. I to wystarczyło. Jakoś żyliśmy, jakoś się pieprzyliliśmy, jakoś się zakochiwaliśmy, jakoś tworzyliśmy pary i rozstawaliśmy — bez jednego dolara prowizji dla Jacka Dorseya czy kogokolwiek innego. Potem przyszedł Grindr. Rok 2009. I wtedy myśleliśmy, że to rewolucja. Bo to była rewolucja — nie będę kłamał. Pierwszy raz w życiu otworzyłem telefon i zobaczyłem siatkę facetów w mojej okolicy. Facetów którzy chcieli tego samego co ja. To było... no, to było coś. Serce biło szybciej, ręce lekko drżały. Pamiętam. Tylko że gdzieś po drodze ktoś zdecydował, że nasza samotność to świetny model biznesowy. I tu dochodzimy do sedna. Grindr nie sprzedaje aplikacji do randkowania. Grindr sprzedaje twoją samotność reklamodawcom. Twój profil, twoja lokalizacja, twoje preferencje seksualne, twoje godziny aktywności — to wszystko jest towarem. Ty jesteś towarem. Nie klientem, nie użytkownikiem — towarem. Różnica jest fundamentalna i przez lata udawaliśmy, że jej nie ma, bo wygoda była zbyt duża żeby rezygnować. Scruff to samo. Hornet to samo. Każda kolejna appka z kolorowym logo i radosnym marketingiem to samo — inaczej opakowana wersja tego samego modelu: ty płacisz uwagą i danymi, oni sprzedają to dalej, i jakoś przy okazji jesteś bardziej samotny niż byłeś przed zainstalowaniem. To nie jest teoria spiskowa. To jest po prostu ekonomia. I dlatego MeetMarket mnie interesuje. Bo Calum — ten socjolog z Berlina — zrobił coś odwrotnego. Powiedział: płacisz mi bezpośrednio, ja nie mam innego źródła dochodu, więc moim jedynym interesem jest żebyś był zadowolony. Proste. Brutalne. Uczciwe. 60 tysięcy ludzi uznało, że to uczciwa oferta. 60 tysięcy — w ciągu kilku miesięcy. Bez billboardów, bez kampanii, bez TikTokowego influencera z abs w kadrze. Samo środowisko, samo polecanie. To jest coś. Ale jest jeszcze drugi poziom tej historii i on mnie bardziej interesuje. MeetMarket ma fora dyskusyjne. Ma listy wydarzeń. Ma — uwaga — ogłoszenia sąsiedzkie. To znaczy wracamy do ogłoszeń drobnych w gazetach, tylko w formie aplikacji. Wracamy do konceptu który istniał zanim Silicon Valley postanowiło nas zoptymalizować. I to jest właśnie to pytanie które chcę zadać: czy my — środowisko gejowskie, queerowe, jak zwał tak zwał — zdajemy sobie sprawę z tego, co straciliśmy przez ostatnie 15 lat? Nie straciłem libido (jeszcze). Nie straciłem środowiska (jeszcze). Ale straciłem coś innego — poczucie że jesteśmy wspólnotą która sama o sobie decyduje. Że nasze miejsca spotkań są nasze. Że nasze rozmowy są nasze. Że nasze dane, nasze preferencje, nasze noce nie są niczyją własnością. Grindr sprzedał dane użytkowników firmie chińskiej. To nie jest plotka — to jest fakt, potwierdzona historia, zakończona nakazem rządowym USA żeby sprzedali dalej. Twoje preferencje seksualne, twoja lokalizacja, twoje zdjęcia — przez jakiś czas siedziały na serwerach w Pekinie. Czy to cię przeraziło? Mnie tak. Choć i tak tego nie odinstalowałem od razu, więc nie mam prawa moralizować. Wróćmy do Caluma i jego MeetMarket. Czy to rozwiązanie problemu? Nie wiem. 13,99 dolara miesięcznie to bariera wejścia która wyklucza część środowiska — a to zawsze kwestia do przemyślenia. Czy weryfikacja przez QR kody działa? Podobno tak, ale jeszcze nie sprawdzałem osobiście. Czy 60 tysięcy użytkowników to dużo? W skali globalnej — tyle co nic. W skali znaczenia — może wszystko. Bo to co mnie naprawdę interesuje to nie appka. To sygnał który ta appka wysyła. Sygnał brzmi: jest wystarczająco dużo ludzi którzy mają dość bycia towarem. Którzy zapłacą za godność. Którzy chcą czegoś więcej niż siatkę facetów posortowanych według odległości i muskulatury. Którzy chcą rozmów, wydarzeń, ogłoszeń — czyli życia. Nie tylko seksu. Życia. I to jest właściwie dokładnie to, w co wierzę od lat. Że środowisko potrzebuje mediów, przestrzeni, miejsc — realnych i wirtualnych — które są po jego stronie. Nie po stronie reklamodawców. Nie po stronie inwestorów venture capital. Po stronie faceta który otwiera aplikację o 23:00 bo jest sam i szuka... czegoś. Niekoniecznie seksu. Może właśnie rozmowy. Może ogłoszenia. Może po prostu poczucia że ktoś jest. Temu właśnie miał służyć gay.pl kiedyś. Temu służy teraz. I temu służy MeetMarket — tylko w innym formacie, z innym twórcą, w innym mieście. Może w końcu idziemy w dobrym kierunku. Albo Calum zbankrutuje za rok i przejmiemy go za bezcen. Też opcja PS. Gay.pl też nie sprzedaje danych użytkowników. Nikomu. Nie dlatego że jesteśmy tacy szlachetni — po prostu prowadzenie portalu w 2026 roku nie wymaga już armii inwestorów i modelu reklamowego który zjada twoją prywatność. Wymaga czasu. Naszego czasu. To tyle. Czytaj też: Grindr EDGE: płacisz za randki czy za samotność? oraz Seks na apkach: dlaczego wszystko zmieniło się w formularz