Chorwacja nie ma ani jednej oficjalnej gejowskiej plaży. Zero. Nie ma tabliczki, nie ma tęczowej flagi przy wejściu, nie ma nic. A mimo to od Istrii po Dubrownik ciągnie się sznur miejsc, o których wszyscy wiedzą — i o których nikt oficjalnie nie mówi. Skała za cyplem. Zatoczka, do której dopłyniesz tylko taksówką wodną. Koniec plaży naturystów, ten kawałek za zakrętem, gdzie ludzie jakoś dziwnym trafem są sami swoi. Chorwacja załatwia to po swojemu: nie nazywa, ale wie. I zacznę od miejsca, którego polskie przewodniki jakoś nie zauważają. A to jest numer jeden. Rovinj. Istria, północ, miasteczko jak z pocztówki. Wychodzisz z centrum, idziesz kwadrans przez las parku Zlatni Rt (Złoty Przylądek, po włosku Punta Corrente — dwujęzyczna Istria), i idziesz dalej. Aż do miejsca, które nazywa się Punta Križ, Cape Cross. To jest, bez owijania, najsłynniejsza gejowska plaża całego Adriatyku. Ma dwie części: najpierw mijasz kawałek swingerski (hetero i nie tylko, każdy sobie), a jakieś dwieście metrów dalej, na samym czubku przylądka, zaczyna się teren gejowski — z zagajnikiem za plecami, w którym dzieje się to, co się dzieje. Wiesz, o czym mówię. Teraz Dubrownik. Turyści myślą „Gra o tron" i mury, a swoi wsiadają na łódkę. Dziesięć, piętnaście minut ze starego portu i jesteś na wyspie Lokrum. Po wschodniej stronie, przy tak zwanym Martwym Morzu, rozłożył się teren FKK, naturyści — i to jest lokalna gejowska plaża Dubrownika. Skały, sosny, cisza. Jedno tylko zapamiętaj: Lokrum to rezerwat, ostatnia łódka odpływa po południu i na noc wyspa się zamyka. Nie ma spania pod gwiazdami, choćby nie wiem jak pięknie brzmiało. Hvar — i tu poprawka, bo w wielu tekstach ktoś przepisał od kogoś i wyszło nie tak. Modne miasto, jachty, drogie drinki, zgoda. Ale gejowski adres nie jest w mieście, tylko naprzeciwko, na wysepkach Pakleni. Konkretnie Jerolim — pierwsza z brzegu, plaża naturystów, a jej dalsza, tylna część to nieoficjalny teren gejowski i męski. Taxi-boat odchodzi ze starego portu w Hvarze, płyniesz kilkanaście minut. I znowu ta sama zasada: przed zachodem słońca trzeba wracać, bo wysepki na noc pustoszeją. Rab — dla tych, co lubią, żeby miejsce miało historię. Półwysep Frkanj, plaża Kandarola, zwana „angielską". Dlaczego angielską? Bo w 1936 kąpał się tu nago król Edward VIII z Wallis Simpson, dostał od miejscowych zielone światło i tak zaczęła się najstarsza plaża naturystów tej części wybrzeża. Gejowski kawałek jest na Frkanju, w cieniu sosen. Klimat spokojniejszy niż na rozkrzyczanym Hvarze — bardziej dla tych, co przyjeżdżają odetchnąć niż zaszaleć. Split — brama do wysp, ale ma swoje własne życie i własną górę. Marjan. Od strony południowej, jakieś trzy kilometry od centrum, leży Kasjuni: kamienista plaża z barem i leżakami. Oficjalnie zwykła, popularna plaża. Ale zejdź na sam koniec, w lewo, za tłum — tam jest nieoficjalny kawałek gejowsko-naturystyczny. Kto woli cień i las zamiast pieczenia w słońcu, idzie na Bene, po drugiej, północnej stronie Marjana. Reszta towarzyskiego życia Splitu dzieje się jak wszędzie teraz — przez apki i przez „kolega dał namiar". I na koniec parę słów o tym, czego naprawdę trzeba się (nie) bać. Chorwacja jest w Unii od 2013. Związki partnerskie dla par jednopłciowych — uwaga, bo tu w oryginale był błąd — są legalne od 2014, nie od żadnego 2023. Zagrzeb ma swój Pride od 2002 i był to pierwszy marsz równości w tej części Europy, więc to nie jest kraj, który dopiero się uczy. W miastach i kurortach jest normalnie. Na głębokiej prowincji obowiązuje ta sama zasada co w pół Europy Środkowej: mniej teatru, więcej wyczucia. Nic, czego byś nie znał z Polski. Tyle. Plaży oficjalnie nie ma. Miejsc jest w bród. Reszta to kwestia dobrego buta na skały i tego, żeby zdążyć na ostatnią łódkę.