Kolejny projekt ustawy o związkach partnerskich. Kolejna – już wiadomo – nieudana próba wprowadzenia jakiejkolwiek formy legalizacji. To chyba dobra okazja, żeby się zastanowić: co poszło nie tak? Bo kiedy odrzucano projekt Marii Szyszkowskiej w 2003 roku, można było myśleć: pierwsze koty za płoty. Dziś, kiedy rodzące się przy tamtym projekcie dzieci mają już powyżej 20 lat, warto pomyśleć dlaczego tak się stało i czy energii wydanej na ćwierć wieku walki o równość – która jeszcze nigdy nie wydawała się tak odległa jak dziś – nie można było wykorzystać lepiej. No i oczywiście - jak to zwykle na naszym polskim podwórku najważniejsze: czyja to wina? Wersja 1: WASZA WINA - To wina organizacji LGBT+ Najwygodniej jest zrzucić wszystko na organizacje. Choć trzeba przyznać – same na to zapracowały. Grzech pierworodny polskiego ruchu LGBT+ - to jego zblatowanie z szeroko rozumianą lewicą. I nie chodzi mi o wartości – bo jasne, prawa człowieka, równość, solidarność. Ale chodzi o to, że przez to skojarzenie ruch LGBT+ stał się ideologicznie wygodnym chłopcem do bicia dla całej polskiej prawicy. Z praw człowieka prawa LGBT+ stały się "marksistowskim wynalazkiem". Tak jakby za marksizmu można było zawierać związki partnerskie. Tak jakby w ZSRR działały organizacje LGBT+. Absurd? Oczywiście. Ale skuteczny. Dzięki temu zabiegowi – śmiem twierdzić – prawica wygrała ostatnie wybory prezydenckie, skutecznie przedstawiając Trzaskowskiego jako "Tęczowego Rafała". Poprzednie też. I poprzednie również. A organizacje LGBT+? Zamiast budować szeroki, ponadpartyjny front na rzecz praw człowieka – pozwoliły się wepchnąć w kąt "gender ideologii". Zamiast przekonywać konserwatywną Polskę, że związki partnerskie to kwestia godności i bezpieczeństwa prawnego – dały się sprowadzić do roli "lewackich aktywistów". Wersja 2: NASZA WINA To wina środowiska LGBT+ Do środowisk można się też czepiać. Bo za mojej pamięci – a pamiętam czasy, kiedy Internet był czarno-biały – środowisko LGBT+ głównie... się kłóci. Od pamiętnej kłótni o czajnik w warszawskiej Lambdzie z początku lat 90. zauważam zmiany tematów i natężenia. Ale jakiegoś nurtu zjednoczeniowego? Raczej nie. Jakby to, że jesteśmy LGBT, bardziej nas... dzieliło niż łączyło. Geje kontra lesbijki. Lesby kontra koleżanki. Męscy kontra transy. Transy kontra drag queens. Aktywiści kontra ci nie ze środowiska. Młodzi kontra starzy. Warszawiacy kontra reszta Polski. Ci którzy wyszli z szafy kontra ci, którzy siedzą w niej z wyboru. I każda z tych grup ma swoje racje. Ale żadna nie ma monopolu na prawdę. Jak się okazuje także żadna z nich nie wywarła wystarczającego nacisku na rządzących. Od 22 lat. Wersja 3: Taki mamy kraj? Kiedy w czasach Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego – czyli około 1986 czy 87 roku – szukałem pomocy w sprawie rejestracji grupy (która bez oficjalnej rejestracji nie mogła wtedy działać, takie to były czasy za komuny) u różnych "wysoko postawionych osób", jedna z takich osób podczas spotkania mi powiedziała: "Wiesz co? Tu to i za 50 lat nic się nie zmieni." Minęło prawie 40 lat. I zastanawiam się kto z nas wtedy miał rację. Wciąż nie mamy związków partnerskich. Wciąż są miejsca w Polsce, gdzie wyjście z partnerem na ulicę trzymając się za ręce może skończyć się wyzwiskami albo pobiciem. Wciąż politycy budują kariery na tym, że są "przeciw LGBT". I można by pomyśleć: no tak, "taki mamy kraj". Konserwatywny. Katolicki. Zamknięty na zmiany. Taki mamy kraj i nic na to nie poradzimy. To wygodne wytłumaczenie. Bo zdejmuje z nas odpowiedzialność. Ale czy to prawda? A co ty myślisz? Sławek Starosta, Redaktor naczelny gay.pl, Warszawa, styczeń 2026 Czytaj też: Związki partnerskie w Polsce 2026 — historia walki o równość