Warszawa lat 70-tych i 80-tych nocą wyglądała zupełnie inaczej niż za dnia. Puste ulice, przytłumione światła, odgłosy dochodzące z podwórek i klatek schodowych tworzyły przestrzeń, na której eksplorację decydowali się nieliczni. Dla Mirona Białoszewskiego ta nocna rzeczywistość była jednym z głównych źródeł literackiej inspiracji. Wsłuchiwanie się w rytm miasta wtedy, gdy większość mieszkańców już śpi – czy może być coś bardziej ekscytującego? Jasne, może, ale to także niemała frajda. Białoszewski prowadził nieregularny, głównie nocny tryb życia. Nie przepadał za zgiełkiem dnia, spacerował późnym wieczorem lub w środku nocy. Nie interesowały go monumentalne zabytki ani wielkie wydarzenia. Znacznie bardziej fascynowały go klatki schodowe, podwórka, przystanki autobusowe, dźwięki wind czy rozmowy zasłyszane przez uchylone okno. Nocne spacery pozwalały mu dostrzegać to, co dla innych pozostawało niewidoczne. Cisza uwydatniała każdy odgłos, co genialnie oddane jest w utworach – czytelnik niemal słyszy skrzypienie drzwi, echo kroków, szum ulic. Nawet pozornie zwyczajne miejsce, najzwyklejsze zdarzenie, mogło stać się literackim bohaterem. Białoszewski potrafił zamienić drobny epizod w fascynującą opowieść o codzienności. Wystarczało światło latarni odbijające się w kałuży, rozmowa przypadkowo spotkanych ludzi czy odgłos przejeżdżającego tramwaju. Nocne spacery po Warszawie miały dla Mirona również wymiar bardziej osobisty. Miasto było dla niego przestrzenią odkrywania własnej tożsamości i przeżywania homoerotycznych doświadczeń w czasach, gdy o homoseksualności raczej się nie mówiło. W okresie PRL życie osób homoseksualnych toczyło się niemal całkowicie poza oficjalnym obiegiem społecznym. Homoseksualizm nie był w Polsce przestępstwem – został wykreślony z kodeksu karnego już w 1932 roku – jednak silne tabu społeczne, brak organizacji społecznych i ryzyko utraty pracy lub szantażu sprawiały, że większość osób LGBT funkcjonowała w ukryciu. Nie istniały kluby ani oficjalne miejsca spotkań. Kontakty nawiązywano w parkach, na dworcach, w okolicach kin, placów czy publicznych toalet. Miasto stawało się siecią dyskretnych punktów rozpoznawalnych przede wszystkim dla wtajemniczonych. Czyli pikiet. W Warszawie do najbardziej znanych należały: toaleta publiczna przy placu Trzech Krzyży, nazywana „Grzybkiem”, okolice Dworca Centralnego, ulica Rutkowskiego (obecnie Chmielna), parki i nadwiślańskie zarośla, lokale takie jak „Alhambra”, „Lajkonik”, „Na Trakcie”, „Roksana”, „Santos” czy „Antyczna”. Białoszewski, podobnie jak wielu innych gejów żyjących w realiach PRL-u, poruszał się po tej niewidzialnej mapie Warszawy. Jego nocne wycieczki po mieście to był prawdziwy, pełnokrwisty cruising w czasach, gdy nad Wisłą w ogóle tego słowa nie znano. Nie zwykłe „chodzenie na pikietę”, ale właśnie wędrowanie w określonych miejscach (park Skaryszewskiego, nadwiślańskie ścieżki, okolice placu Trzech Krzyży i Agrykoli) w poszukiwaniu przelotnych znajomości i przygodnych doświadczeń. W prozie Białoszewskiego odnaleźć można opisy takich właśnie nocnych spacerów, przypadkowych spotkań i krótkich rozmów, które dla uważnego czytelnika nabierają dodatkowych znaczeń. Charakterystyczną cechą twórczości Białoszewskiego jest brak wyraźnego podziału między tym, co zwyczajne, a tym, co intymne. Pragnienie nie pojawia się u niego jako wielki dramat czy romantyczna historia. Jest wpisane w rytm codzienności – spojrzenia mijanych ludzi, rozmowy na ulicy, wspólne spacery, przypadkowe znajomości. Białoszewski nie budował manifestów ani nie próbował prowokować. Raczej dokumentował własne życie, pozostawiając czytelnikowi przestrzeń do interpretacji. O dojrzewaniu do swojej orientacji pisał: „ Traktowałem swoje potrzeby homo jako przejściowe ... ale trzeba przyjąć siebie takiego, jakim się jest. Ustaliłem to, przestałem się tym turbować. I nadal uprawiałem swoje sex-przygody ze świadomością, że to jest mój rodzaj. Wszelkie słyszane określenia i przezwiska owych spraw i ludzi spływały po mnie”. Często posługiwał się językiem niedopowiedzeń. W okresie PRL-u otwarte opisy relacji homoerotycznych mogły spotkać się z ingerencją cenzury, ale równie ważna była potrzeba zachowania prywatności. Dlatego teksty Białoszewskiego operują aluzją, rytmem mowy potocznej i pozornie błahymi szczegółami. Intymność ujawnia się nie poprzez dosłowne deklaracje, lecz poprzez sposób obserwowania ludzi i budowania relacji między bohaterami. Czasem jest jednak dosłownie i wprost. W Tajnym Dzienniku Miron pisze: „ Ucieszyłem się na widok dwóch mężczyzn trzymających się za ręce. Ten schemat chłop-baba, baba-chłop wygląda strasznie. Rozmnażalsko”. W Chamowie jest bardziej tajemniczo: „Wdałem się w piesze iście. W park Skaryszewski. Szumiał, podpuszczał zapachy jak wino, wiał niezimny wiatr, wchodziłem a to na polanę, a to na pojaśnione z placykiem, a to między tujowate sierści. Przy labirynciku ze szpalerów przypomniał mi się kryminał. Pod zameczkiem angielskim noc. Kobieta podejrzewa kogoś o złe zamiary, ten ktoś ucieka przed nią. Szpalerowy labiryncik. Ona za nim. Oboje się wkręcają w alejki. Wreszcie ją ogarnia strach. Słyszy jego przytajony zmęczony oddech. .. Skręciłem w boczne półkole, między łąki, drzewa, krzaki. Pusto, uroczyście. Wielkie drzewa rozgałęzione i do góry, i do dołu, z talią niżej połowy. Co za zamiatanie trawy spódnicami.” Są i wiersze – sprawozdania z nocnych wycieczek: 30 lipca w nocy Ciepło. Nieruchomo. Znów zjechałem. Poszedłem w uliczki Chamowa między bliźniakowce, wieżowce, zielska. Zielsk tyle, że ojej, a to zawsze całe ich skwery, ulice, wyższe od ludzi i jeszcze rosną. Idę na nasyp lotniskowy. Ciemno, niżej wieś, psy odganiają. Krzyż — czytam: „Poległym w obronie ojczyzny w bitwie ze Szwedami 28, 29 i 30 lipca 1656 roku”. W tych kumosach. Akurat się skończyła. 319 lat temu. No no. Ruszam, schodzę za wał w dół, zielska i żółto, świeci woda. Czy to woda? Stoi wszędzie, stoi, już drzewa w wodzie, patrzę, gdzie ja stoję, a ja stoję z drzewami na Wiśle. w nocy z 30 na 31 lipca 1975 U Białoszewskiego noc nie jest wyłącznie porą dnia. To stan zawieszenia codziennych reguł, w którym łatwiej o autentyczność i spontaniczność. Po zmroku miasto stawało się mniej kontrolowane i bardziej anonimowe. Dla wielu osób homoseksualnych noc oznaczała możliwość swobodniejszego funkcjonowania niż w świetle dnia. Spacer mógł być zarówno zwykłą przechadzką, jak i poszukiwaniem kontaktu z drugim człowiekiem. Nocne wędrówki Mirona Białoszewskiego, jego warszawski cruising, można odczytywać także jako doświadczenie wolności – choć ograniczonej realiami PRL-u.