Wiadomo — pierwszy września. Tornister, galowy strój, kwiatek dla pani. Tyle że tym razem nauka nie jest rytuałem. Tym razem jest po prostu niezbędna. Bo klasa siedzi w ławkach od czterdziestu lat i wciąż nie odrobiła jednej lekcji. Cofnijmy się do podręcznika. Lata 90. Lewica trzymała pół politycznej sceny, więc gejowsko-lesbijski aktywizm zrobił szybki onboarding — wskoczył na tę połowę, bo było gdzie wskakiwać. Choć przekonanie lewicy do naszych postulatów wcale nie było takie proste, jak się dziś opowiada. Pamiętacie odejście Biedronia z SLD do Ruchu Palikota? Pamiętacie ustawy o związkach partnerskich, które wtedy nie przeszły? No właśnie. Nasi ludzie mają tę czarną tradycję, że najpierw stają się twarzą, a potem twarz się wchłania, rozpuszcza i znika w kolejnej fuzji. I tu robi się ciekawie. Bo w polityce, która zmieniła się nie do poznania, aktywizm — już rozszerzony o BT i o cały ten plus — został dosłownie wchłonięty przez Lewicę różnego autoramentu. Tę samą Lewicę, która jednocząc się, dzieląc i zmieniając nazwy jak skarpetki, od dekad oscyluje wokół poparcia jednej partii prawicowej. Jednej. Tej, która uważa nas za zboczeńców, a cztery literki za ideologię groźną jak komunizm. Komunizm, który — nawiasem mówiąc — brzydził się gejami dokładnie tak samo jak oni. Przywiązaliśmy więc łódkę do jednego pomostu. A pomost od trzydziestu lat nie chce urosnąć. Czterdzieści lat minęło i wygląda na to, że cykl stoi w miejscu bardzo odległym od tamtego startu. I — co gorsza — jakby nikt tego nie zauważał. A może to szczególny rodzaj ślepoty politycznej, wzmacniany przez socjale, gdzie zainteresowani siedzą w swoich bańkach i niezdrowo podniecają się wpisami botów oraz algorytmów, które te bańki wymyśliły. Kciuk w górę, dopamina, i już nam się wydaje, że nas jest więcej. Nie jest. Oprócz tych dziesięciu procent w polityce mało kto o nas w ogóle pamięta — a między wyborami nie pamięta nikt. To jest nasza pierwsza lekcja: matematyka. Tylko małe dziewczynki i bardzo naiwni mogą wierzyć, że remedium na Nawrockiego jest Morawiecki. O, przepraszam — może jeszcze pani Kotula, ministra od równości, która dostała cały resort i tę słynną ustawę, i której ustawa dalej leży tam, gdzie leżała za Biedronia. Zmienił się rząd, zmienił się szyld, minister przyjazny — a arytmetyka ta sama. Dziesięć to nie czterdzieści. Nie było i nie będzie, choćbyśmy nie wiem ile serduszek postawili pod postem. A część aktywistów zachowuje się, jakbyśmy stali po zwycięskiej stronie fali. Jakby te dziesięć procent miało z dnia na dzień spuchnąć do czterdziestu, bo zasługujemy. Zasługiwać a mieć to, niestety, dwie różne szkoły. Lekcja druga: geografia. Społeczeństwa naznaczone komunizmem mają dziwną tendencję do skręcania w prawo — i to nie żadna polska specjalność. Kilkunastu lat Orbána nie da się już traktować jak wypadku przy pracy. Jego wielbicieli na Słowacji i w Rumunii też nie. Dorzućmy AfD za naszą zachodnią granicą i przypomnijmy sobie, co się stało z niecałe czterdzieści lat temu zmarłym Związkiem Radzieckim. Cała klasa odrabia to samo zadanie i wszyscy oddają identyczny błąd. Lekcja trzecia, najtrudniejsza: historia. Kryzys jest najlepszą receptą na wojnę. Kiedy ludzie zbiednieją wystarczająco, zaczynają szukać tych, którzy się do tego przyczynili. A gdy już znajdą jednego wroga, pokazywanie następnych idzie z górki. Tu, tam i siam. Coraz mniej trzeba wyjaśniać, coraz mniej argumentować — dokładnie jak w socjalach. Nie zamierzam robić za Kasandrę, ale przypomnę tylko jedno: rok 1933 zdarzył się najpierw przy urnie. Kulturalnie, demokratycznie, z pieczątką. I nie trzeba było do tego połowy głosów. A mniejszości — każde szkolne dziecko powinno to wiedzieć — są zawsze pierwsze w kolejce do roli winnego. My w tej kolejce mamy numerek od dawna. Bo wojnę już mamy. I to nie jedną. Jedną tlącą się od dwunastu lat — tuż za miedzą, dłużej niż pierwsza i druga wojna światowa razem wzięte. Drugą w Gazie, z ludobójstwem w wersji live. Od zeszłego roku kolejną — z Iranem. Świat pali się z trzech stron naraz, a szanse na pokój wyglądają mniej więcej tak jak szanse na to, że Nawrocki podpisze ustawę o równości małżeńskiej. Czyli żadne. Rozumiem, że aktywiści muszą marzyć. To ich zawód, ich paliwo, ich prawo. Ale czy my wszyscy mamy marzyć razem z nimi — z zamkniętymi oczami, w takt algorytmu? Nauka, o której mówię, nie polega na tym, żeby przestać chcieć. Polega na tym, żeby nauczyć się czytać mapę, zanim wyruszymy w drogę. Policzyć się uczciwie. Zapamiętać, jak kończyły się poprzednie klasy. I zrozumieć wreszcie, że nasze bezpieczeństwo nie może być zakładnikiem jednej partii, jednego pomostu, jednego marzenia. Dzwonek już dzwonił. Pytanie tylko, czy ktokolwiek w tej sali w ogóle słucha.