Skuszony recenzjami w Replice (a nuż nagle Polacy zaczęli kręcić świetne rzeczy?) odpaliłem „Erupcję". I od razu mówię — wy tego nie róbcie. Historia akurat dotyka rzeczy ciekawej, a mianowicie synchroniczności między wydarzeniami w skali mikro i makro. Znasz to przecież. Myślisz intensywnie o kimś i on nagle dzwoni. Albo zapadasz nagle na zdrowiu, a po sąsiedzku wybucha wojna. Tu akurat przy spotkaniach bohaterek odbywają się tytułowe erupcje, czyli wybuchają wulkany. Ale tak naprawdę trudno powiedzieć, co jest najgorsze. Reżyseria. Aktorstwo. Dialogi. Czy narrator, który czyta debilne opisy głosem sztucznej inteligencji, zacinając się czasami tak, jakby brakowało mu żetonów. Serio, kilka tekstów nadaje się na koszulki. Główną rolę gra Charli XCX — podobno wielka gwiazda muzyki, choć przyznaję uczciwie, że ja jej nie znam (chyba ma nieco inny target niż czytelnicy tej rubryki). I może właśnie powinna była zostać przy śpiewaniu, bo grać raczej nie powinna. Szczerze mówiąc, zagrała zdecydowanie bardziej po polsku niż, nie przymierzając, Ignacy Liss. Albo Maja Ostaszewska. Niestety. Zatrudnienie Agaty Trzebuchowskiej też niewiele wniosło. Akcja rwie się lub niemiłosiernie dłuży. Rozmowy bohaterów — sztuczne i pretensjonalne. Naprawdę, do kolesia o imieniu Jan nikt w Polsce nie powie „Jan", ani nawet „Janie". Nudą i beznadzieją dziwnie przypomina mi inny gniot nakręcony nad Wisłą — „Prawdziwy ból". Najgorsze, że to nawet nie jest debiut reżyserski. Facet ma na koncie kilka filmów. I to ze znanymi nazwiskami. Nieważne. Straciłem 70 minut, abyście wy nie musieli tego robić. A wy, jak kogoś bardzo nie lubicie, to możecie im to polecić. Z czystym sercem ;) „Erupcja" (USA/Polska, 2025), reż. Pete Ohs, dystrybucja: Velvet Spoon. A teraz, dla równowagi, coś, co obejrzałem z prawdziwą przyjemnością. Jeśli kręci się film o sprawach seksualnych w Hiszpanii, nie sposób uciec od porównań z Almodóvarem. Na szczęście „Moja kochana panienka" tych porównań się nie boi — do tego stopnia, że w jednej ze scen na ścianie wisi plakat „Drżącego ciała" (Carne trémula). Ukłon szczery, nie kradziony. Bo to jest remake — i to remake klasyka. Oryginał Jaime de Armiñán nakręcił w 1972 roku, jeszcze za Franco; w głównej roli z José Luisem Lópezem Vázquezem grającym „panienkę", która odkrywa, że jest mężczyzną. I tu rzecz w sumie niesamowita: ten film, o osobie interseksualnej, nakręcony pod cenzurą generała, okazał się absolutnym hitem. Najchętniej oglądany hiszpański film 1972 roku — 1,8 miliona widzów w kinach — a w 1973 jeszcze nominacja do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego (przegrał z „Dyskretnym urokiem burżuazji" Buñuela). Półtora miliona Hiszpanów Franco poszło do kina na opowieść o interpłciowości. Niech to przez chwilę wybrzmi. Najnowszą wersję (Netflix, 2026) wziął na warsztat Fernando González Molina, scenariusz napisała Alana S. Portero, producentami są Los Javis. Dobra robota — ale uprzedzę pointę: po seansie i tak najbardziej mam ochotę zobaczyć oryginał. Nieczęsto zdarza się oglądać film o osobie interseksualnej. Czyli takiej, która urodziła się z ciałem niemieszczącym się jednoznacznie ani w „męskim", ani w „żeńskim" — z cechami płciowymi obu płci (więcej w haśle Intersex w naszym słowniku). Operowana zaraz po urodzeniu i wychowana jako dziewczynka, Adela ma od zawsze wrażenie, że coś z nią jest nie tak. Jest duża, niezgrabna, porusza się jak facet. Nazywają ją klaczą. Oglądamy całą jej podróż w poszukiwaniu siebie: od katechetki w Pampelunie (hiszpańskie zadupie znane jedynie z masowej ucieczki przed spanikowanymi bykami raz w roku), przez Madryt — gdzie jako „Ade" trafia wreszcie między ludzi spoza normy — do odkrycia, że prawdę musi znaleźć w sobie, nie oglądając się na społeczne konwenanse. Obsada robi robotę. Adelę gra Elisabeth Martínez i to ona dźwiga cały film. Wokół niej Anna Castillo jako Isabel, María Galiana jako babcia, Nagore Aranburu jako matka, a w roli księdza-sojusznika (decyzja castingowa odważna) Paco León. Film ciepły, intymny, prawdziwy — familijny wręcz. Taki, jaki można oglądać z rodziną. I to nawet jeśli ojciec głosuje na Nawrockiego. A potem włączcie sobie oryginał z 1972. Bo najnowszy nie znaczy najlepszy — ale czasem znaczy „pierwszy krok do tego, żeby w końcu sięgnąć po pierwowzór". „Moja kochana panienka" (Mi querida señorita, Hiszpania, 2026), reż. Fernando González Molina.