W 1964 roku archeolog Ahmed Moussa odkopał w Sakkarze — królewskiej nekropolii niedaleko Memfis — grób. Nic niezwykłego. Egipt ma ich tysiące. Ale ten był inny. Należał do dwóch mężczyzn: Niankhkhnum i Khnumhotep. Piąta dynastia, około 2400 lat przed naszą erą. Nadworni manicurzyści faraona — co samo w sobie brzmi jak dowcip, ale była to funkcja zaszczytna, bliskość władcy wyrażona dosłownie przez dotyk. Na ścianach grobowca: mężczyźni obejmujący się twarzami. Nos przy nosie — gest w egipskiej ikonografii jednoznaczny z intymnością małżeńską. Razem na uczcie. Razem w łodzi. Razem w wieczności. Ich imiona połączone w jeden zapis. Egiptolodzy tłumaczą: „złączeni w życiu i śmierci". I tu zaczyna się spór, który trwa do dziś. Część badaczy mówi: para. Najstarsza udokumentowana para queer w historii. Dowód, że homoseksualność nie jest wynalazkiem XX wieku ani zachodnią demoralizacją — jest starsza niż większość religii które ją potępiają. Część mówi: bracia. Może bliźniacy. Może zrośnięci — stąd wspólny grób i niezwykła bliskość na reliefach. Ikonografia może być metaforą więzi rodzinnej, a nie romantycznej. Sześćdziesiąt lat debaty. Żadnej konkluzji. Co jest interesujące samo w sobie. Bo przy innych grobach z podobną ikonografią — gdzie para jest mieszana — nikt nie pyta czy to „może rodzeństwo". Interpretacja „para" przychodzi automatycznie. Tu — nie przychodzi automatycznie. I to jest osobne odkrycie, niezwiązane z Egiptem. Niezależnie od rozstrzygnięcia: dwóch mężczyzn, jeden grób, czułość wyryta w kamieniu na cztery tysiące lat. Ktokolwiek to był dla siebie nawzajem — zależało im, żeby być razem także po śmierci. Większość z nas nie zostawia po sobie tyle.