Alice Weidel. Lesbijka, partnerka ze Sri Lanki, dwóch synów, dom w Szwajcarii. I szefowa partii, która w 2018 roku złożyła w Bundestagu wniosek o cofnięcie równości małżeńskiej. Jak to, kurwa, działa? „Replika" zadała to pytanie w porządnym tekście Mathiasa Foita i odpowiedziała: homonacjonalizm. Ładne słowo. Ale Weidel nie jest wyjątkiem. Jest regułą, którą od trzydziestu lat udajemy, że nie widzimy. Lista, której nie chcemy czytać Pim Fortuyn. Holandia, 2002. Gej, łysy, w garniturach od krawca, z dwoma pieskami i ciętym językiem. Zbudował partię na jednym haśle: islam jest zagrożeniem dla tego, co wywalczyliśmy — dla naszej wolności, naszych barów, naszego prawa do trzymania się za rękę na ulicy. Dziewięć dni przed wyborami zastrzelił go obrońca zwierząt. Jego partia i tak weszła do rządu. Fortuyn był pierwszym, który powiedział to głośno: my, geje, jesteśmy dowodem cywilizacji, a oni są barbarzyńcami. Reszta Europy notowała. Jörg Haider. Austria. Twarz tamtejszej skrajnej prawicy przez dwie dekady, ten sam, który chwalił „porządną politykę zatrudnienia III Rzeszy". Zginął w 2008 w wypadku, pijany, po nocy w gejowskim klubie w Klagenfurcie. Jego partner i rzecznik, Stefan Petzner, płakał w telewizji i mówił o „związku życia". Cała Austria wiedziała. Nikt nie mówił. Tak to działa, kiedy się jest po właściwej stronie. Ernst Röhm — o nim przypomina „Replika". Szef SA, jedna z centralnych postaci ruchu nazistowskiego, homoseksualista, o czym wiedział Hitler i o czym wiedziała lewicowa prasa, która to wyciągała. Skończył w 1934 w „nocy długich noży", zamordowany na rozkaz człowieka, któremu zbudował bojówki. I tu dygresja, bo warto: sam Hitler też nie był żadnym wzorem heteroseksualnego samca — bez żony do ostatniego dnia, otoczony młodymi adiutantami, z młodością w wiedeńskich i monachijskich przytułkach dla mężczyzn, o której historyk Lothar Machtan napisał całą książkę („Ukryty Hitler", 2001) z tezą, że Führer był gejem, a noc długich noży to było między innymi sprzątanie tych, którzy za dużo o nim wiedzieli. Machtana mocno skrytykowano, dowodów twardych nie ma, ale jedno jest pewne: Röhm wiedział o Hitlerze więcej niż ktokolwiek żywy, i to właśnie Röhm przestał żyć. Lekcja numer jeden z tej historii: dla skrajnej prawicy gej jest użyteczny dopóty, dopóki jest użyteczny. A potem jest niebezpieczny — bo wie. Ameryka. Log Cabin Republicans — od lat 70. Peter Thiel na konwencji republikanów w 2016: „Jestem dumny, że jestem gejem" — i oklaski sali, która pięć minut wcześniej klaskała przeciw małżeństwom. Richard Grenell, pierwszy wyautowany gej na stanowisku gabinetowym w historii USA, mianowany przez Trumpa. Milo Yiannopoulos, który zrobił z bycia „niebezpiecznym pedałem" markę, dopóki marka nie przestała się sprzedawać. Gays for Trump. „Replika" pisze wprost: przyczółek alt-rightu, gdzie islamofobia, biała supremacja i transfobia spotykają się przy jednym stole. I nikt nie musi się wstydzić, bo przecież są gejami. Wielka Brytania — patrz tekst obok. Darren Grimes, wicelider rady Durham z Reform UK, jeden z najbardziej rozpoznawalnych gejów Farage'a, zdejmuje tęczową flagę z ratusza i mówi: „Zabiliście smoka, zostało wam kilka bełkoczących owiec". I Weidel. Partia: 20,8 procent w lutowych wyborach do Bundestagu, najlepszy wynik radykalnej prawicy w powojennych Niemczech. A to był dopiero rozgrzewka. 6 września AfD wygrała wybory w Saksonii-Anhalt — 43,8 procent, 39 z 83 mandatów, pierwszy raz w historii najsilniejsza partia w jakimkolwiek landzie. Wczoraj, 20 września, Meklemburgia-Pomorze Przednie: 38,2 procent, a CDU w ogóle wypadła z landtagu. Dwa landy w dwa tygodnie. To już nie jest opozycja. To jest władza, która czeka na koalicjanta albo na to, że koalicjant przestanie być potrzebny. Program: „reemigracja", czyli deportacje w ładnym opakowaniu, plus walka z „genderyzmem" i seksualizacją dzieci — nasz polski repertuar, tylko po niemiecku. Zapytana przed wyborami o równość małżeńską, lawirowała. Jej partnerka, Sarah Bossard, w 2021 publicznie popierała małżeństwa jednopłciowe w szwajcarskim referendum. Weidel w ARD, zapytana, czy czuje się w partii dyskryminowana: „Bo dlaczego miałabym?". No właśnie. Dlaczego miałaby? Bo tu jest sedno, i „Replika" trafia w nie dokładnie: przywilej. Doktorat z ekonomii, dom w Szwajcarii, pieniądze, pozycja. Kiedy AfD dojdzie do władzy i zacznie realizować program, Weidel nie straci nic. Nie pobiją jej pod klubem w Chemnitz. Nie odbiorą jej dzieci — dzieci są partnerki, biologiczne, więc prawo już jest po jej stronie. Ona korzysta z wolności, które wywalczyli ludzie z Nollendorfplatz w latach 70. i 80., i jednocześnie prowadzi partię, która tym ludziom chce te wolności odebrać. Nie ryzykuje niczego. Ryzykujemy my. I tu dochodzimy do tego, co naprawdę boli, bo Weidel to jedna osoba, a problem jest w liczbach. Przed wyborami do Europarlamentu ankieta na Romeo — gejowskiej apce randkowej — dała AfD 22 procent. Przed lutowymi wyborami kolejna: 28. Metodologia do dupy, link otwarty, każdy mógł kliknąć — Deutsche Aidshilfe słusznie to wytknęła. Ale nawet jak podzielić przez dwa, to zostaje kilkanaście procent gejów, którzy głosują na partię chcącą cofnąć im małżeństwa. Nie lesbijek. Nie osób trans. Cis facetów. Z Romeo. Jak to działa: instrukcja Mechanizm ma trzy śruby. „Replika" je nazywa, ja je przetłumaczę na nasze. Śruba pierwsza: strach przed muzułmaninem. Plakat AfD z 2016 roku na autobusie krążącym wokół Nollendorfplatz, w sercu gejowskiego Schöneberga: dwóch facetów i napis „Mojemu partnerowi i mnie nie zależy na znajomości z muzułmańskimi imigrantami, dla których nasza miłość to grzech śmiertelny". Genialne w swoim cynizmie. Partia, która chce nam odebrać śluby, stawia się w roli naszego obrońcy przed tymi, którzy chcieliby nas zrzucić z dachu. I część z nas kupuje, bo strach jest prawdziwy — ktoś kiedyś dostał w mordę od chłopaków z Neukölln i już nie chce słuchać o niuansach. Le Pen w 2017 zbierała gejowskie głosy dokładnie tak samo. Wilders w Holandii — tak samo. Fortuyn — pierwszy. Śruba druga: transfobia. Czasem autentyczna, czasem strategiczna. Mechanizm z podwórka: jeśli mam zostać pobity, to niech pobiją kogoś innego. „My jesteśmy normalni, nie różnimy się od was — jak szukacie wroga, to popatrzcie na nich". Na osoby trans, na drag, na „przegięte cioty". Weidel nie chce być nazywana queer. Jens Spahn, chadek, były minister zdrowia, też: „jestem gejem, nie queer". Bo gej to już oswojone słowo, w garniturze, z hipoteką. Queer to nonkonformizm, sprzeciw, burzenie porządku. A oni nie chcą burzyć porządku. Oni chcą udowodnić, że są jego częścią. Za wszelką cenę. Nawet za cenę tych, którzy stoją za nimi w kolejce. I to napięcie nie jest nowe. Ono jest stare jak III Rzesza — dosłownie. Popatrzcie na estetykę tamtego państwa: nagie posągi Arno Brekera przed Kancelarią Rzeszy, atleci Leni Riefenstahl w „Olimpii", filmowani od dołu, z olejem na skórze, chłopcy z Hitlerjugend w krótkich spodenkach na obozach, kult męskiego ciała, męskiej wspólnoty, męskiego potu. Bardziej homoerotycznej ikonografii nie wymyślił żaden klub w Berlinie. I ten sam reżim wsadzał do Sachsenhausen i Buchenwaldu ludzi z różowym trójkątem na piersi — z paragrafu 175, zaostrzonego w 1935 tak, że wystarczyło spojrzenie. Kogo wsadzał? Nie tych atletów. Tych „zniewieściałych". Tych z barów na Nollendorfplatz, tych w sukienkach z kabaretu Eldorado, który zamknięto w 1933 jako pierwszy. Męskość homoerotyczna była dozwolona, wręcz państwowa — pod warunkiem, że nie nazywała się po imieniu i nie miała w sobie nic z kobiety. Kobiecość u mężczyzny była zbrodnią. Dokładnie ten podział — „męski gej OK, przegięta ciota do gazu" — słyszę dziś w komentarzach pod postami AfD, Reform i, kurwa, na polskim Grindrze. Transfobia dzisiejszej gejowskiej prawicy to nie jest nowy wynalazek. To jest paragraf 175 w wersji do samodzielnego montażu: sami wybieramy, kogo z nas odda się na przemiał, żeby reszta mogła zostać w posągu. Śruba trzecia: nieprzepracowana odmienność. To ta najbardziej intymna. Gej, który całe życie słyszał, że nie jest prawdziwym mężczyzną, w pewnym momencie postanawia być bardziej męski niż wszyscy — i patrzy z góry na tych, którzy tego nie próbują. Twardy elektorat, twarde poglądy, twarda partia. Wiem coś o tym, bo widziałem to w barach od lat 80. Facet w skórze, który nienawidzi „ciot", bo ciota to jest to, czego się w sobie boi. Noc długich noży, wersja soft Kończy się to zawsze tak samo. Röhma zastrzelili. Haidera wyciągnęli z szafy dopiero na pogrzebie. Fortuyna zamienili w pomnik i poszli dalej z jego hasłami, tylko już bez geja na czele. Weidel — zobaczymy. Ale AfD już dziś, bez rządzenia, nęka organizacje queerowe interpelacjami i buduje klimat, w którym Berlin odcina tęczowym projektom publiczne pieniądze. „Replika" kończy zdaniem, które podpisuję: „nawet lesbijka na czele Alternatywy dla Niemiec tutaj nie pomoże". Na wynos, w czterech punktach Jedno: gej na czele skrajnej prawicy to nie paradoks, to tradycja — Röhm, Fortuyn, Haider, Thiel, Grimes, Weidel. Lista jest długa i będzie dłuższa. Dwa: skrajna prawica bierze geja jako alibi. „Jak możemy być homofobami, skoro nasza szefowa jest lesbijką?" Odpowiedź: mogą. Wniosek o cofnięcie małżeństw złożyli za jej kadencji. Trzy: gej idzie do skrajnej prawicy z trzech powodów — strach przed muzułmaninem, potrzeba bycia „normalnym" kosztem trans i ciot, i nieprzepracowana własna odmienność. Wszystkie trzy są ludzkie. Żaden nie jest wymówką. Cztery: ten sojusz zawsze kończy się tak samo. Kiedy skrajna prawica przestaje potrzebować alibi, alibi ląduje w Sachsenhausen, w rowie pod Klagenfurtem albo — w wersji łagodnej — w szafie, z której się już nie wychodzi. Röhm wiedział za dużo. Weidel też kiedyś będzie wiedziała za dużo. A u nas? U nas nie ma jeszcze Weidel. Ale są chłopaki z Romeo — polskiego, z Grindra, z Hornet — którzy piszą w bio „bez lewaków" i „bez przegięcia" i głosują na tych, którzy nazywają ich ideologią. Znam ich. Wy też. Czasem to wasz eks. I to jest ten fenomen. Nie Weidel. My. Na podstawie: Mathias Foit, „Alice Weidel: lesbijka, która nie jest queer", „Replika" nr 114 ; BBC o Darrenie Grimesie. Wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt (6.09) i Meklemburgii-Pomorzu Przednim (20.09) za niemiecką komisją wyborczą. Teza o Hitlerze: Lothar Machtan, „Hitlers Geheimnis" (2001) — hipoteza, nie dowód. Reszta — z pamięci, która w tym temacie niestety nie zawodzi.