Więcej niż spojrzenie — cz.1

Redakcja · 2026-05-08

Ostatnia niedziela sierpnia była dość jesienna. Słońce nie zdołało przetrzeć się przez ciężkie chmury, które ostatecznie jednak nie przyniosły deszczu, a jednak ciężko i groźnie wisiały nad ścierniskami pól po żniwach. Nawet bez kalendarza można było dojść do tego, jaki dzień właśnie trwał – pociąg relacji Szczecin – Kraków był wyjątkowo zatłoczony powracającymi z wakacji znad morza ludźmi. Swoją podróż powrotna w przedziale pierwszej klasy odbywał również Kilian, niespełna trzydziestoletni mieszkający w Brnie Polak, wracający właśnie od swojej rodziny z Poznania. Pociąg pędził po szynach ze średnią prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Jednostajny szum oraz delikatny powiew klimatyzacji sprzymierzały senności w przedziale, jak również fakt, że był on wygodniejszy od regularnych wagonów osobowych drugiej klasy. Kilian jednak starał się nie zasnąć – smutne doświadczenie z przeszłości, które miało miejsce w trakcie nocnej podróży sprawiło nie lubił spania w środkach komunikacji publicznej, bał się również że zostanie okradziony, tak jak już kiedyś się zdarzyło. Parę lat wcześniej, w trakcie przejazdu między Poznaniem, a Katowicami, w których mieszkała ciotka Kiliana nieznany sprawca, najprawdopodobniej współpodróżujący z przedziału ukradł mu plecak wraz z laptopem, który był niezbędny do pracy.

Teraz Kilian starał skupić myśli na czytanej przez siebie książce, wywiadzie – rzece Daniela Hartwiga z profesorem Phillipem Zimbardo. Interesowała go bowiem psychologia, ale również ta jej dziedzina, która zahaczała o bezprawie czy brak etyki zawodowej. Kilian zwykł nazywać Zimbardo Salvadorem Dalim psychologii, co oczywiście było związane z - wręcz chwilami abstrakcyjnym - myśleniem i koncepcjami stanfordzkiego profesora.

Pociąg wjeżdżał na kolejną większą stację i – jak można było się spodziewać we Wrocławiu właśnie – zdecydowana większość podróżujących właśnie w tym mieście się wymieniała. W przedziale, oprócz Kiliana została jeszcze jedna młoda kobieta, która również czytała książkę, jeden z kryminałów Remigiusza Mroza, reszta podróżujących tłoczyła się na korytarzu wagonu pulmanowskiego w kierunku obu wyjść. Kilian, dość wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna przesiadł się pod okno. Błękitno – srebrnymi oczami obserwował sytuację za drzwiami przedziału, wychodzenie jednych pasażerów i wsiadanie drugich, których zdecydowanie było mniej. Nagle przesuwne, przeszklone drzwi odsunęły się, a do środka wszedł około dwudziestodwuletni mężczyzna o słomkowych włosach i dość rezolutnym spojrzeniu, które przenosiło się to na bilet to na numerację miejsc. Bagienno zielone oczy świdrowały napotkaną rzeczywistość.

- Dzień dobry, - rzucił młody mężczyzna tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale jednak z młodzieńczą charyzmą godną obieżyświata. Tak też nowoprzybyły wyglądał. Na plecach wisiał ciężki plecak ze stelażem, ubrany był w kurtkę Bundeswehry oraz bojówki w kolorze piaskowym. W podobnym kolorze były wysokie buty, w których cholewy wpuszczone były nogawki – siedzi pan na moim miejscu. – jego oczy utkwione były w twarzy Kiliana.

- Przepraszam, właśnie je zająłem. Będzie to problemem, czy mam się przesiąść? – zapytał niepewnie Kilian.

- Spokojnie, proszę zostać na miejscu, możemy się po prostu nimi zamienić – odparł nowy towarzysz podróży zdejmując z siebie plecak i próbując wsadzić go na półkę na bagaż.

- Dziękuję serdecznie – odpowiedział breńczyk opierając głowę o ściankę wagonu przy oknie.

- Nie ma sprawy, jestem Patryk – na twarzy młodzieńca pojawił się szczery uśmiech.

- Kilian – rzucił starszy z mężczyzn. Nie lubił zawierać znajomości w pociągach, przecież one i tak nie miały prawa przetrwać. Teraz aż marzył, żeby ten sen, który jeszcze niedawno chciał na niego spłynąć powrócił. Z drugiej jednak strony coś go ujmowało w nowym towarzyszu podróży. Może wygląd, a może ta młodzieńcza charyzma? Zanim zamknął oczy, żeby odpłynąć w senne marzenia wyrwał go z letargu Patryk.

- Gdzie jedziesz? – zapytał bezpośrednio.

- Do domu, do Brna – odparł dość znużonym głosem brunet patrząc w przestrzeń nad głową rozmówcy.

- O! Mieszkasz w Brnie? Ja właśnie jadę pod Brno na miesiąc do pracy! Chcę trochę zarobić na studia i pomyślałem o winobraniu. A ty? Czym się zajmujesz? – w głosie blondyna było słychać fascynację, a jego oczy nabrały koloru soczystej zieleni, tak bardzo innej od tej, którą Kilian zobaczył na początku. Był zaskoczony tylko sam nie był pewien czym. Tym, że nie zwrócił na to wcześniej uwagi, czy tym, że barwa oczu faktycznie się mogła tak zmienić.

- Tak, mieszkam, pracuję i właśnie wracam – niestrudzenie próbował uciąć rozmowę, jednak coś go zainteresowało w tym młodym człowieku obok.

- Wiesz, Brno to moje takie marzenie. Kiedyś już byłem z klasą, ale to był jeden dzień, a co możesz zobaczyć w jeden dzień?! – Patryk rzucił niejako z wyrzutem – Chciałbym teraz zobaczyć nieco więcej. Przejść się w weekend do Willi Tugendhat, czy pojechać do przepięknego, południowego Mikulova ... – tym razem w głosie blondyna wyczuwalne było rozmarzenie.

- Tak, Brno jest cudowne... – Kilianowi się udzieliło – ale właściwie... mówisz, że jedziesz na winobranie. I jedziesz tak sam? Jak byłem na studiach to moi znajomi jeździli na winobrania całymi grupami! Raz nawet pojechałem z nimi. Od tego momentu marzyłem już, żeby wrócić do tego miasta. – zaczął przebudzać swój mózg z letargu, samemu nie wiedząc co wpłynęło na taki stan rzeczy. Zawsze starał się być zdystansowany, nauczył się tego w wykonywanej pracy, setki ludzi, setki twarzy, setki różnych zdarzeń. Nie mógł jednak zakończyć rozmowy, chciał żeby trwała i tak jak przed sekundą znów pragnął zatopić się w lekturze książki przerywanej oglądaniem krajobrazów ujętych w kadrze okna, tak teraz czuł, że ten młody człowiek siedzący obok może go zaciekawić. Mógłby być całkiem ciekawym modelem, pomyślał.

- Aaa, wiesz jak to jest... część znajomych jest na winogronach we Francji, część jest nudna, a część siedzi w kraju u rodziny na wsi. Takie przygody lubię odbywać sam. Nie ukrywam, przyzwyczaiłem się, trochę już po Europie zjechałem – czy to w pociągach, czy autostopem, czy też per pedes – tak prosty łaciński zwrot jak „na własnych stopach” z ust swojego rozmówcy zaskoczył Kiliana. – Ja stwierdziłem, że nie po to uczę się czeskiego, żeby teraz jechać do żabojadów.

- No właściwie jest w tym trochę racji... – Kilian nigdy nie był spontaniczny. Nie był też nadmiernie zorganizowany, ale jednak podejmowanie decyzji pod wpływem impulsu nie było w jego stylu. Podobnie jak rozlewanie się na tematy prywatne. Z zamyślenia wyrwał go Patryk, który trzymał przed nim batona kokosowego.

- Chcesz? – zapytał i patrzył niepewnie.

- A wiesz co? Chętnie! – Kilian sam był sobą zaskoczony, ale z przyjemnością przyjął podarunek i od razu poddał go konsumpcji. Podobnie zrobił jego rozmówca.

- A co tam robisz w tym Brnie?

- Mieszkam dość blisko centrum i pracuję jako fotograf – w głosie wyczuwalna była nutka samochwalstwa.

- O! Ale ekstra! Jesteś fotografem! Zawsze o tym marzyłem! Właściwie studiuję fotografię na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych! Może będziesz chciał rzucić okiem na moje fotografie? Może mi coś podpowiesz? – Tą fascynację Kilian już zdążył poznać. Jednak zrobiło mu się miło, że może zostać dla kogoś mentorem, czy chociaż pomóc szukać ujęć, czy robić dobre zdjęcia nocne.

- Myślę, że nie powinno być problemu. Spodziewam się, że tak jak ja w Katowicach będziesz się przesiadać na autokar. Jeżeli tak, to mogę Ci pokazać kilka prostych sztuczek z aparatem – tym razem w głosie bruneta słyszalny był delikatny sentyment. Sam, przed kilku laty ukończył ASP w Poznaniu na tym samym kierunku. Jego rodzice zaszczepili w nim, co prawda chęć do nauki psychologii, ale ten kierunek zawsze traktował hobbystycznie. Fotografią zaraził go nauczyciel licealny wiedzy o kulturze, który sam dorobił się wielu wystaw w kraju i za granicą. Był jego pierwszym mentorem, a także – kiedy Kilian już był na studiach – pierwszym kochankiem. Obaj wiedzieli, że to co ich łączy nie ma prawa przetrwać, bo – wówczas – trzydziestoletni Mikołaj wciąż uczył w szkole i musiał się ukrywać ze swoją orientacją. Co więcej, była to szkoła prowadzona przez zakonników, co miało jeszcze większy wpływ na decyzję mężczyzny, żeby po kilku spotkaniach zakończyć to co ich łączyło. Kilian jednak na zawsze pozostał na światłoczułym papierze, gdzieś między książkami na regale w mieszkaniu Mikołaja. To był pierwszy taki epizod w życiu przyszłego fotografa. Do tej pory był wdzięczny swojemu nauczycielowi nie tylko za odkrycie siebie, ale również za pomoc w organizacji wystaw na studiach, portfolio do pracy magisterskiej. Do ostatnich bowiem dni studiów utrzymywali przyjacielski kontakt.

- Byłoby świetnie! I owszem, przesiadam się w autokar, więc mamy jakieś dwie godziny, o ile dobrze pamiętam.

- Dokładnie tak – rzucił Kilian i będąc obróconym do środka przedziału odwrócił głowę w stronę okna. Tym razem na jego oczy nie spływał sen, a rozmarzenie. W jego samotnej głowie zaczęły kotłować się myśli. Nie łapał ich, pozwolił sobie na ten strumień świadomości. Doskonałe, plastyczne wyobrażenia, fantazje, czy nawet naiwne plany na przyszłość.

- Kilian! Zaraz Katowice! – ze snu wyrwał go Patryk. W przedziale zostali tylko oni dwaj. Kilian zerwał się na równe nogi, szybko otworzył plecak, sprawdził jego zawartość, zapiął i usiadł z powrotem – Czy ty właśnie sprawdzałeś, czy nikt cię nie okradł? – zapytał z nutą rozczarowania blondyn.

- Tak – odparł całkiem naturalnie Kilian. Dopiero po sekundzie zorientował się, że podświadomie oskarżył o kradzież jedyną osobę, która z nim przebywała w przedziale. – O matko! Przepraszam! Patryk, kilka lat temu ukradziono mi komputer i laptopa. Od tego czasu nie śpię w pociągach, ale dzisiaj jakoś tak się stało... – próbował się tłumaczyć.

- Wiesz, kiedy kot zasypia? Kiedy czuje się bezpieczny. Tak tylko powiem. Zrób z tą informacją co zechcesz – głos młodszego mężczyzny wydawał się nagle być zarówno oschły jak i pełen smutku, a sam on właśnie obracał się w stronę drzwi, żeby opuścić przedział.

- Patryk...ja... naprawdę przepraszam – Kilian odruchowo obrócił za ramię towarzysza podróży. Patrzył się w jego wystraszone tym gestem oczy, które zrobiły się pochmurne, jakby uciekł z nich cały młodzieńczy blask.

- Spoko, Kili. Nie ma problemu...

- Kili? Nikt nigdy do mnie tak nie powiedział. Kilian, Kilianku...ale Kili? Podoba mi się! – rzucił radośnie brunet, czym spowodował uśmiech na twarzy Patryka.

- No widzisz? Od dzisiaj jesteś Kili, Niszczyciel Pociągowych Przyjaźni! – zażartował blondyn.

- Eeej, eej, bez przesady. Powiedziałem ci przecież jaka była sytuacja – nie udało się starszemu ukryć zakłopotania w głosie.

- Doobra, kocie – Patryk zdecydowanie odniósł się do swojej anegdoty o zaufaniu u kotowatych, patrząc się z szelmowskim uśmiechem na Kiliana, któremu te słowa bardzo się spodobały – Chodź, bo pojedziemy do Krakowa, a ty musisz mnie nauczyć fotografii.

- Jasne, już się zbieram... – w głowie bruneta pojawiało się coraz więcej myśli, które powoli próbował organizować w foldery. Z jego obliczeń i wspomnień wyszło, że uczucie, które się w nim buduje ostatni raz czuł siedem lat temu, będąc jeszcze na studiach w Poznaniu, kiedy to okazało się, że w jego grupie jest Mateusz, który jednak nigdy nie odwzajemnił tego uczucia, a Kilian po bardzo poważnej wymianie zdań między nimi stwierdził, że nie będzie już nigdy nigdzie lokować swoich uczuć. Teraz jednak zupełnie się zaskoczył – okazało się bowiem, że uczucia nie podlegają kontroli, ale pojawiają się spontanicznie. Dla Kiliana znaczyło to tyle, że przez tyle lat na jego drodze nie pojawił się nikt, kto uderzyłby w odpowiednią strunę jego...duszy? Serca? I do tego zrobił to chłopak o tyle lat młodszy! A co, jeżeli on też nie odwzajemni tego, co właśnie buduje się w głowie Kiliana? Jest tylko jedna metoda, żeby się o tym przekonać, ale nie ma sensu tego przyspieszać. A co jak wróci za miesiąc do Polski? Zapomną o sobie... to znaczy Patryk zapomni o nim, bo Kilian już zaczął ryć sobie w pamięci twarz i mimikę swojego towarzysza. A może to po prostu znajomość na kilka godzin? Zresztą Patryk może wcale nie być zainteresowany Kilianem. Na Brno Hlavni Nadrazi powiedzą sobie „do zobaczenia”, ale już nigdy się nie zobaczą? Zawsze będzie mógł po prostu młodemu fotografowi pomóc i doradzić na przestrzeni tych kilku godzin, które spędzą razem. A może Patryk chce tylko wykorzystać jego wiedzę w dziedzinie fotografii?

- Eh, przestań... – szepnął sam do siebie pod nosem, zarówno zrezygnowany, jak podekscytowany.

Na katowickim, odnowionym dworcu tłoczyli się ludzie, sapały też lokomotywy spalinowe. Budynek dworca połączony był z galerią handlową, przed którą trzeba było się udać, aby wyjść w centrum miasta. Mężczyźni przeszli przez tunel pod peronami, a Kilian kątem oka zauważył kawiarnię.

- W ramach przeprosin za moje zachowanie w pociągu...nie chciałbyś pójść na kawę? – zapytał lekko zmieszany.

- Z wielką chęcią! To już moja pora na napar bogów! Byłeś kiedyś pod namiotami? Kawa z prymusa jednopalnikowego smakuje najlepiej, szczególnie w Bieszczadach! Musisz kiedyś spróbować! – entuzjazm z jakim Patryk wypowiadał słowa był rozbrajający, wciąż taki młodzieńczy i wręcz – można by rzec – naiwny. Jednak starszy z mężczyzn nie chciał, żeby ten entuzjazm go opuszczał. Nie chciał, żeby przestały patrzeć na niego te magicznie zmieniające się oczy. Podeszli do foteli kawiarnianych umieszczonych na wyspie na obrzeżu hali dworca.

- Jaką chcesz? – zapytał Kilian.

- Poproszę cappuccino – odparł blondyn. Kilian zamówił kawę również dla siebie i wrócił do stolika.

- Dobrze, masz jakieś konkretne zagadnienia, których chciałbyś się nauczyć w fotografice? – brunet położył ręce na stole i wychylił się na nich w stronę Patryka. Mógł znów przyjrzeć się oczom, które teraz nabrały szmaragdowej barwy.

- Wiesz co? Głównie boję się prześwietleń i niedoświetleń. Chciałbym też nauczyć się obsługi ciemni, wywoływacza, utrwalacza....

- O, panie! To ty chcesz być widzę kompleksowym fotografem! Bardzo mi się to podoba! – Kilian nie krył entuzjazmu spowodowanego ambicją swojego rozmówcy.

- No owszem, chociaż wiem, że tego będę musiał nauczyć się sam, albo na studiach, bo ciężko teraz o dostęp do ciemni... – Patrykowi nieco zesmutniały oczy.

- Hm, niekoniecznie... – rzucił enigmatycznie Kilian. Zastanawiał się czy miał powiedzieć te dwa słowa, które teraz ma w głowie. Wiedział, że mogą one wiele zmienić w tej znajomości, wiedział również, że jego życie może ulec wtedy gwałtownej zmianie. Jeżdżenie w tą i z powrotem dla Patryka mogłoby być uciążliwe, chciał przecież pojechać na zbiór winogron do pracy. Ale gdyby tak dać mu zarobić w inny sposób? Mógł przecież również poprosić o dostęp do pomieszczenia któregoś ze znajomych fotografików na obrzeżach miasta. No cóż, może pora zmienić nieco to – wbrew pozorom zawodu fotografa – rutynowe życie? Może czas nadrobić stracone lata i ponownie dać się ponieść nieutraconej jeszcze przecież młodości? W jego głowie był już gotowy cały plan. Kilian sam nie mógł uwierzyć w to, co właśnie robi – mam ciemnię – rzucił wreszcie. Patryk patrzył na niego z niedowierzaniem, ale również z nadzieją. Tą wymianę spojrzeń przerwała kelnerka, która właśnie stawiała na stoliku kawy. – Chciałbym zobaczyć twoje zdjęcia. Masz je może?

- Oczywiście! Już ci je pokazuję! Wziąłem je ze sobą, bo a nuż będzie komu się na winogronach pochwalić – blondyn zaczął szperać w wielkim plecaku, żeby wyciągnąć niewielki album, na którego okładce znajdowała się ręcznie napisana naklejka „Do portfolio”. Kilian rzeczowym gestem odebrał książeczkę i zaczął ją przeglądać, wydając co jakiś czas dźwięki świadczące o aprobacie.

- Bardzo dobre ujęcia. Sam je wywoływałeś?

- Starałem się czasem pokątnie używać ciemni na wydziale z przyjacielem... – odparł Patryk zbity zupełnie z tropu zachowaniem rozmówcy.

No tak! Przyjaciel! Dlaczego w ogóle o tym nie pomyślałem! – W głowie Kiliana zaczęła rodzić się nowa myśl, której jednak starał się nie rozwijać. – Z przyjacielem powiadasz?

- Tak...ale już się nie przyjaźnimy... – włóczykij znów spochmurniał.

- Spokojnie – brunet rzucił bardzo długie spojrzenie w kierunku młodszego kolegi po fachu. – Zatem jak wspomniałem, masz bardzo dobry warsztat! Dlatego mam też propozycję. Wiem, że jedziesz do Brna, żeby zbierać winogrona i zarobić na studia, ale... tak się składa, że przydałyby mi się dodatkowe ręce w pracowni. Oczywiście twoja praca będzie normalnie opłacona. Byłbyś zainteresowany? Taki staż świetnie wyglądałby w CV i na dyplomie. Więc jeżeli nie będzie to problemem i jednak będziesz mógł odwołać ten zbiór winogron...

- Nie mówisz poważnie! – Patryk gwałtownie wstał od stołu, czym ściągnął spojrzenia przechodniów i pasażerów.

- Mówię całkiem poważnie. Na winogronach nie zarobisz nawet połowy z tego, co możesz zarobić pracując przy zdjęciach – Kilian rozłożył się nieco na fotelu i obserwował ten nagły przypływ emocji i entuzjazmu u swojego młodszego towarzysza podróży.

- No pewnie! Z miłą, niewysłowioną chęcią! Ale wszystkim szczeny opadną, jak zobaczą że wcale nie byłem na winobraniu! Dziękuję ci za tą propozycję! A losowi za to spotkanie! – Patryk nie mógł i nie chciał kryć entuzjazmu, a Kilian wciąż to obserwował z coraz większym rozczuleniem.

- Nie ma problemu, zawodowcy powinni się wspierać – odparł najcieplejszym tonem, na jaki pozwalał mu jego głos. – To co, może wreszcie ruszymy na miasto porobić kilka fotek?

- No pewnie!

Mężczyźni zebrali swoje rzeczy i poszli bardzo powolnym krokiem w stronę dworca autobusowego oddalonego od nich jakieś piętnaście minut spacerem. Obaj wyciągnęli aparaty. Umówili się, że będą robić przybliżone zdjęcia tej samej lokacji i w miedzyczasie będą je komentować.

- O patrz, - zaczął Kilian – tutaj bardzo dobrze ująłeś detale kamienicy, ale mogłeś zmniejszyć ISO. Zobacz u mnie – pokazał młodszemu matrycę aparatu. Zdjęcia różniły się tak bardzo nieznacznie, że niewprawne w fotografii oko stwierdziłoby, że są takie same.

- Faktycznie! – z całkiem poważnym zaskoczeniem odparł Patryk.

- Powiem tak, jeżeli wydaje ci się, że masz dobrze ustawione naświetlenie to w ciągu dnia zmniejsz je jeszcze nieznacznie, a w nocy i wieczorem nieco podnieś. Resztę możesz dograć balansem bieli, tylko tak, żeby nie spłaszczyć zdjęcia, wiesz o co chodzi? Żeby nie straciło głębi – Kilian czuł się zupełnie swobodnie w tej rozmowie.

- Tak, rozumiem. Nigdy na to tak nie patrzyłem... – Patryk słuchał z zaciekawieniem.

W ten sposób minęła im godzina. Pytali również przechodniów czy nie chcą zostać sfotografowani portretowo. Z tą inicjatywą wyszedł Patryk, jednak Kilianowi przypadła ona do gustu, czym sam był zaskoczony. Ostatecznie doszli na dworzec autobusowy, na którym zrobili nieznaczne zakupy na dalszą część podróży. Udali się na stanowisko, przy którym stał już autokar, który finalnie jechał do Wiednia. Kierowca zapakował ich bagaże do luku, a mężczyźni weszli do pojazdu.

- Pozwolisz, że usiądę obok? – zapytał nieśmiało Patryk.

- Myślę, że nie powinno być problemu – zdecydowanie, opiekuńczym tonem odparł Kilian. Z plecaka wyciągnął laptopa. – Nie chcesz przejrzeć zdjęć? Na komputerze będzie lepiej widać i może je też trochę obrobimy.

- O, no pewnie! – Patryk sięgnął po swój aparat, żeby wyciągnąć z niego kartę pamięci. Podał ją sąsiadowi, a ten wsunął ją do czytnika w komputerze. Otworzyli folder i zaczęli oglądać wykonane przez siebie fotografie.

- Widzisz? To jest to, o czym mówiłem. Tutaj mogłeś nieco przyciemnić, ale ujęcie samo w sobie jest świetnie. Masz, chłopaku, rękę do tego interesu. Na tym z kolei świetnie ująłeś emocje tej kobiety – Kilian na chwilę zawiesił głos i wzrok na zdjęciu. – To jest zdjęcie na wystawę. Tak, to jest doskonałe zdjęcie na jakąś wziętą wystawę.

- Nie, no co ty... – blondyn się zawstydził, a jego oczy nabrały koloru soczystej zieleni.

- Poważnie. Nic z nim nie rób, zapisz je w chmurze i je trzymaj. Jeszcze się przyda.

- No skoro tak mówisz...

Mężczyźni jeszcze jakiś czas rozmawiali o fotografii. Ostatecznie stwierdzili, że wystarczy przeglądania zdjęć w tak ciężkich warunkach, jak nieznaczna ilość miejsca między fotelami, trzymając komputer na przykrótkim stoliku. Kilian oparł głowę o szybę.

- Może nie powinienem pytać, ale... jak ci się żyje w tym Brnie? Masz jakąś rodzinę? Żonę, dziewczynę, narzeczoną? - zaczął nieśmiało Patryk.

- Eh, - całą nadzieja Kiliana na jakikolwiek rozwój tej relacji legła w gruzach w ułamku sekundy – nie, mieszkam sam, mam dość duże mieszkanie w centrum, jak już ci wcześniej wspominałem w pociągu. Cała moja rodzina została w Polsce, ale też nikt nie był zaskoczony, że chcę jechać do Czech. Tutaj nie było dla mnie miejsca. Mam za to cudownych znajomych w Czechach, zawsze chętnych do pomocy. Co piątek spotykamy się u mnie na wino albo na jakieś ciasto. Zawsze ktoś coś przyniesie, taka łączona domówka. Zaczęło to ewoluować w czasie, kiedy wszystkie puby były zamknięte, a teraz kiedy życie powoli wraca do normy stwierdziliśmy, że odpowiada nam taki układ. Właściwie to zostałem zapytany przez znajomych czy nie będę mieć nic przeciwko, jeżeli zostawimy taki format spotkań towarzyskich. Stwierdziłem, że przecież ani mnie to nic nie kosztuje, ani nikt mi krzywdy nie robi, więc jeżeli mamy wydawać w klubach kilka razy tyle to lepiej umówić się w domu, a ja mam po prostu największe mieszkanie ze wszystkich. Z kolei, jeżeli chodzi o to jak się znalazłem w Czechach...hm, - brunet się zamyślił. Nie wiedział, czy to co zrobi teraz to dobry pomysł, ale postawił wszystko na jedną kartę – chciałem się pokazać światu po ukończeniu studiów. Miałem takiego przyjaciela, Mateusza, w czasie studiów, jednak przed obroną bardzo się pożarliśmy. No dobra...to nie był przyjaciel. To był mój partner. Niestety nasze wizje artystyczne pod koniec studiów były dość odmienne i to nas poróżniło. Obroniłem wystawę na pięć, chciałem iść dalej z moimi pracami, chciałem organizować wystawy. Niestety, Mateusz puścił famę o mojej orientacji. Niektórzy odmawiali mi wystaw, albo przyjęcia do pracy, a inni chcieli to wykorzystać w sposób najpodlejszy ze wszystkich... – Kilianowi delikatnie załamał się głos.

- Domyślam się, że chodzi o... formę zapłaty – Patryk narysował w powietrzu cudzysłów, wypowiadając dwa ostatnie słowa.

- Tak, dokładnie o to. Nie wiem, chciałem od życia więcej niż być torbą na spermę w zamian za nazwisko. Moja rodzina, moja mama i mój tata doskonale o mnie wiedzieli, właściwie od dziecka, od czasu kiedy... no cóż, przejrzeli historię swojego komputera i okazało się, że nie oglądam zwykłego porno – teraz te cudzysłowy narysował w powietrzu starszy z mężczyzn. – Nie mieli jednak z tym problemu. Mama powiedziała, że zawsze gdzieś to podejrzewała, a tata stwierdził, że będzie mi w życiu trudno, dlatego muszę o siebie walczyć jeszcze bardziej niż, jak to on ujął, standardowy facet. Tak, mój tata to bardzo ciekawa postać... kocham go, z resztą przecież mamę też, najbardziej na świecie – zawiesił na moment głos, jakby przypominał sobie główny wątek. – No i właśnie to oni przyczynili się do tego wyjazdu. Często jeździliśmy za granicę. Do Czech, Austrii, Niemiec, Francji... zacząłem porównywać to co widzę z sytuacją w Polsce. Stwierdziłem, że nie chcę tam zostać, chcę zrobić studia, nauczyć się języka i uciec. Oni doskonale o tym wiedzieli i nie zatrzymywali mnie, nawet sami mi podpowiadali, że widzą mnie właśnie w Brnie. Tak mi to Brno wyryli w pamięci, że to było pierwsze miejsce, do którego chciałem się przeprowadzić. I tak zostało, tak teraz jeżdżę do drugiego największego miasta Czech z Polski i z powrotem, żeby ich zobaczyć. Czasem oni przyjeżdżają do mnie. Umówiliśmy się w tym roku na święta Bożego Narodzenia. Także na święta nie będę sam. – Kilian zakończył ten wywód samemu się dziwiąc, że w ogóle miał on miejsce. Kolejną rzeczą, która go zaskoczyła była spływająca po jego policzku łza. Spojrzał na Patryka, który patrzył na niego wielkimi, zielonymi jak liście monstery oczami.

- I twoi rodzice to akceptują? – zapytał tylko blondyn.

- T-tak – odparł bardzo nieswojo jego sąsiad z miejsca obok.

- Jesteś cholernym szczęściarzem. Moi jak się o mnie dowiedzieli wywalili mnie z domu. Miałem wtedy piętnaście lat. Przygarnęła mnie siostra mojej mamy, ciocia Magda. U niej zacząłem dowiadywać się co się ze mną dzieje. Bałem się tego, wszyscy koledzy szaleli za dziewczynami, a ja właśnie za tymi kolegami. Ciocia powiedziała mi, że to nie jest złe, że ludzie się tacy rodzą i nic nie mogą z tym zrobić. Złe jest jednak nakłanianie ich do tego, żeby próbowali się zmienić, tak jak chcieli tego moi rodzice. Nie walczyli o to, żebym wrócił do domu, a ja się bardzo dobrze czułem u ciotki, która nie prawiła mi żadnych toksycznych wywodów na temat tego, że Bóg mnie wyśle do piekła i że, jak to pięknie zawsze mówił mój ojciec, dupa jest od srania.. Ciotka zaczęła mi pokazywać świat. Jak skończyłem osiemnaście lat poszliśmy pierwszy raz do klubu. To był klub gejowski, właśnie we Wrocławiu. Przyznała mi się, że już od dawna tam chodziła i dzisiaj chciała mnie wziąć ze sobą. Taak, to jest ta bardzo liberalna część mojej rodziny, która tak dalece odstaje od moich rodziców. Niestety nie zauważyli oni przez lata bycia razem, że to oni są tymi dziwnymi, zamkniętymi na wszystkich osobami. Ciotka Magda zawsze była najlepsza! Jest ode mnie starsza o dwadzieścia lat i czasem jest mi głupio... raz do niej mówię per ty, raz ciocia... to jest taki rodzaj bardzo bliskiej, otwartej na nowości przyjaciółki. Tak się złożyło, że w tym pubie był też syn jej kolegi z pracy, którego też znała. Zachęciła mnie, żebym z nim porozmawiał, a ona nie będzie się wtrącać. Poszedłem do niego i... i nagle byliśmy razem na pierwszym roku fotografii. Podobnie poróżniły nas wizje artystyczne. Jego wizją był otwarty związek, moją jednak nie. Tylko, że nawet jak byliśmy przez pewien czas razem to on ten otwarty związek prowadził. Tak, puszczał się na prawo i lewo na uczelni. Rozumiesz?! Na uczelni, po kiblach, czy ciemniach! Znalazł, jebany, pierwotne znaczenie dark room’u! – Patryk krzyczał szeptem, ale Kilian skupił się tylko na tej jednej informacji. Gramy do jednej bramki, kolego...pomyślał sobie, a na jego twarzy zaczął rysować się delikatny uśmiech.

- Rozumiem twoje rozgoryczenie, to przecież zwykłe kurestwo. Dobrze, że niczym cię nie zaraził. Bo nie zaraził, prawda?

- Oj, przestań, jestem czysty jak łza! – odparł blondyn ze śmiechem. Spojrzał na Kiliana, który odwzajemnił to spojrzenie. Ta chwila trwała wieczność. Obaj już wiedzieli wszystko, obaj mieli w głowie swoje historie na tą przyszłość. Na ich twarzach malował się uśmiech wzajemnego zrozumienia.

- Chciałbym, – zaczął nieśmiało Kilian wciąż patrząc w oczy młodego mężczyzny siedzącego obok niego – żebyś odwołał to winobranie. Dzisiaj nie będziesz spać sam w hotelu.

- Och, a gdzież to mam się podziać w tej strasznej, ciemnej nocy w obcym kraju? – zapytał nieco ironicznie Patryk.

- Dzisiaj podziejesz się u mnie, – Kilian nie mrugnął ani razu okiem. Chciał, żeby jego soczewki uwieczniły ten obraz, jakby zaraz miał spłonąć – a potem zobaczymy.

- No dobrze, to zabieram się za odwoływanie – włóczykij wyciągnął telefon i wybrał numer. Zadzwonił gdzieś i chwilę rozmawiał po czesku z pięknym południowym akcentem. – Załatwione.

- Dziękuję – brunet otrząsnął się z tego cudownego letargu. Nad jego głową zaczęła zaciągać się chmura czarnych myśli. A co, jeżeli to nie to? Ale w sumie przecież tak dobrze nam się rozmawia...a jeżeli on stwierdzi, że jednak nie pasujemy do siebie? Że jest między nami z duża różnica wieków?

- Przestań – uciął to Patryk. – Przestań o tym myśleć, nie zabijaj w sobie uczuć. Bądź dzieckiem. Pozwól sobie – jego ton był rzeczowy i nieznoszący sprzeciwu. Kilian przez chwilę myślał, że jego sąsiad potrafi czytać w myślach. Znowu oparł głowę na szybie okna. Trochę go zaintrygowała ta bezpośredniość z jaką młodszy mówił o tym, co dokładnie działo się w jego głowie.

Patryk pomyślał, że to dobry czas na wyciągnięcie książki, więc wyciągnął z plecaka Imię Róży Umberto Eco i zaczął czytać. Spojrzał na Kiliana, któremu bezwiednie zaczęły zamykać się oczy. Mhm, Kot idzie spać, pomyślał i wciągnął się w lekturę.

Obudziwszy się, Kilian spojrzał za okno. Widział, że billboardy oraz znaki drogowe są napisane w języku czeskim. Spojrzał w swoje lewo i zobaczył leżącego na jego ramieniu Patryka. Uśmiech niekontrolowanie pojawił się na jego twarzy. Mógł cały czas patrzeć na tą niewinną twarz. Ustalił, że na miejscu powinni być za pół godziny. Przespałem prawie całą podróż! Niesamowite, pomyślał.

- Patryk? – zaczął budzić śpiącego włóczykija najdelikatniejszym szeptem jaki wyszedł kiedykolwiek z jego ust. – Patryk, niedługo jesteśmy.

- C-co jest? Dojechaliśmy? – zapytał wybudzony.

- Za chwilę będziemy na miejscu. Powoli radzę się budzić.

- Jeszcze chwilę, proszę – odparł zaspanym głosem młodszy. Kilian nie mógł nie ulec tak słodkiej prośbie.

- Dobrze, daję ci jeszcze dziesięć minut – odparł z uśmiechem.

- Dziękuję, jesteś kochany... – Patryk jeszcze bardziej wtulił się w ramię. Kilian z kolei nie mógł posiąść się ze szczęścia. Dawno nikt do niego tak nie powiedział. Siedział wyprostowany i bezwiednie się uśmiechał, przy czym zdecydowanie chciał, żeby wszyscy to jego szczęście zobaczyli i podzielali. Chwilę potem wyciągnął telefon i zamówił Ubera. Zaczął też przeglądać wiadomości z Czech.

- Patryk, - zaczął ponownie – teraz już musisz się obudzić. Czas się ogarnąć, bo niedługo wysiadamy.

- No dobrze, skoro trzeba... – Patryk nieco uniósł głowę i rozejrzał się zaspanym wzrokiem po autobusie. Schował książkę, którą miał na brzuchu i napił się wody.

~Lugh_92

Czytaj dalej: Więcej niż spojrzenie — cz. 2