Ostatnia niedziela sierpnia była dość jesienna. Słońce nie zdołało przetrzeć się przez ciężkie chmury, które ostatecznie jednak nie przyniosły deszczu, a jednak ciężko i groźnie wisiały nad ścierniskami pól po żniwach. Nawet bez kalendarza można było dojść do tego, jaki dzień właśnie trwał – pociąg relacji Szczecin – Kraków był wyjątkowo zatłoczony powracającymi z wakacji znad morza ludźmi. Swoją podróż powrotna w przedziale pierwszej klasy odbywał również Kilian, niespełna trzydziestoletni mieszkający w Brnie Polak, wracający właśnie od swojej rodziny z Poznania. Pociąg pędził po szynach ze średnią prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Jednostajny szum oraz delikatny powiew klimatyzacji sprzymierzały senności w przedziale, jak również fakt, że był on wygodniejszy od regularnych wagonów osobowych drugiej klasy. Kilian jednak starał się nie zasnąć – smutne doświadczenie z przeszłości, które miało miejsce w trakcie nocnej podróży sprawiło nie lubił spania w środkach komunikacji publicznej, bał się również że zostanie okradziony, tak jak już kiedyś się zdarzyło. Parę lat wcześniej, w trakcie przejazdu między Poznaniem, a Katowicami, w których mieszkała ciotka Kiliana nieznany sprawca, najprawdopodobniej współpodróżujący z przedziału ukradł mu plecak wraz z laptopem, który był niezbędny do pracy. Teraz Kilian starał skupić myśli na czytanej przez siebie książce, wywiadzie – rzece Daniela Hartwiga z profesorem Phillipem Zimbardo. Interesowała go bowiem psychologia, ale również ta jej dziedzina, która zahaczała o bezprawie czy brak etyki zawodowej. Kilian zwykł nazywać Zimbardo Salvadorem Dalim psychologii, co oczywiście było związane z - wręcz chwilami abstrakcyjnym - myśleniem i koncepcjami stanfordzkiego profesora. Pociąg wjeżdżał na kolejną większą stację i – jak można było się spodziewać we Wrocławiu właśnie – zdecydowana większość podróżujących właśnie w tym mieście się wymieniała. W przedziale, oprócz Kiliana została jeszcze jedna młoda kobieta, która również czytała książkę, jeden z kryminałów Remigiusza Mroza, reszta podróżujących tłoczyła się na korytarzu wagonu pulmanowskiego w kierunku obu wyjść. Kilian, dość wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna przesiadł się pod okno. Błękitno – srebrnymi oczami obserwował sytuację za drzwiami przedziału, wychodzenie jednych pasażerów i wsiadanie drugich, których zdecydowanie było mniej. Nagle przesuwne, przeszklone drzwi odsunęły się, a do środka wszedł około dwudziestodwuletni mężczyzna o słomkowych włosach i dość rezolutnym spojrzeniu, które przenosiło się to na bilet to na numerację miejsc. Bagienno zielone oczy świdrowały napotkaną rzeczywistość. - Dzień dobry, - rzucił młody mężczyzna tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale jednak z młodzieńczą charyzmą godną obieżyświata. Tak też nowoprzybyły wyglądał. Na plecach wisiał ciężki plecak ze stelażem, ubrany był w kurtkę Bundeswehry oraz bojówki w kolorze piaskowym. W podobnym kolorze były wysokie buty, w których cholewy wpuszczone były nogawki – siedzi pan na moim miejscu. – jego oczy utkwione były w twarzy Kiliana. - Przepraszam, właśnie je zająłem. Będzie to problemem, czy mam się przesiąść? – zapytał niepewnie Kilian. - Spokojnie, proszę zostać na miejscu, możemy się po prostu nimi zamienić – odparł nowy towarzysz podróży zdejmując z siebie plecak i próbując wsadzić go na półkę na bagaż. - Dziękuję serdecznie – odpowiedział breńczyk opierając głowę o ściankę wagonu przy oknie. - Nie ma sprawy, jestem Patryk – na twarzy młodzieńca pojawił się szczery uśmiech. - Kilian – rzucił starszy z mężczyzn. Nie lubił zawierać znajomości w pociągach, przecież one i tak nie miały prawa przetrwać. Teraz aż marzył, żeby ten sen, który jeszcze niedawno chciał na niego spłynąć powrócił. Z drugiej jednak strony coś go ujmowało w nowym towarzyszu podróży. Może wygląd, a może ta młodzieńcza charyzma? Zanim zamknął oczy, żeby odpłynąć w senne marzenia wyrwał go z letargu Patryk. - Gdzie jedziesz? – zapytał bezpośrednio. - Do domu, do Brna – odparł dość znużonym głosem brunet patrząc w przestrzeń nad głową rozmówcy. - O! Mieszkasz w Brnie? Ja właśnie jadę pod Brno na miesiąc do pracy! Chcę trochę zarobić na studia i pomyślałem o winobraniu. A ty? Czym się zajmujesz? – w głosie blondyna było słychać fascynację, a jego oczy nabrały koloru soczystej zieleni, tak bardzo innej od tej, którą Kilian zobaczył na początku. Był zaskoczony tylko sam nie był pewien czym. Tym, że nie zwrócił na to wcześniej uwagi, czy tym, że barwa oczu faktycznie się mogła tak zmienić. - Tak, mieszkam, pracuję i właśnie wracam – niestrudzenie próbował uciąć rozmowę, jednak coś go zainteresowało w tym młodym człowieku obok. - Wiesz, Brno to moje takie marzenie. Kiedyś już byłem z klasą, ale to był jeden dzień, a co możesz zobaczyć w jeden dzień?! – Patryk rzucił niejako z wyrzutem – Chciałbym teraz zobaczyć nieco więcej. Przejść się w weekend do Willi Tugendhat, czy pojechać do przepięknego, południowego Mikulova ... – tym razem w głosie blondyna wyczuwalne było rozmarzenie. - Tak, Brno jest cudowne... – Kilianowi się udzieliło – ale właściwie... mówisz, że jedziesz na winobranie. I jedziesz tak sam? Jak byłem na studiach to moi znajomi jeździli na winobrania całymi grupami! Raz nawet pojechałem z nimi. Od tego momentu marzyłem już, żeby wrócić do tego miasta. – zaczął przebudzać swój mózg z letargu, samemu nie wiedząc co wpłynęło na taki stan rzeczy. Zawsze starał się być zdystansowany, nauczył się tego w wykonywanej pracy, setki ludzi, setki twarzy, setki różnych zdarzeń. Nie mógł jednak zakończyć rozmowy, chciał żeby trwała i tak jak przed sekundą znów pragnął zatopić się w lekturze książki przerywanej oglądaniem krajobrazów ujętych w kadrze okna, tak teraz czuł, że ten młody człowiek siedzący obok może go zaciekawić. Mógłby być całkiem ciekawym modelem, pomyślał. - Aaa, wiesz jak to jest... część znajomych jest na winogronach we Francji, część jest nudna, a część siedzi w kraju u rodziny na wsi. Takie przygody lubię odbywać sam. Nie ukrywam, przyzwyczaiłem się, trochę już po Europie zjechałem – czy to w pociągach, czy autostopem, czy też per pedes – tak prosty łaciński zwrot jak „na własnych stopach” z ust swojego rozmówcy zaskoczył Kiliana. – Ja stwierdziłem, że nie po to uczę się czeskiego, żeby teraz jechać do żabojadów. - No właściwie jest w tym trochę racji... – Kilian nigdy nie był spontaniczny. Nie był też nadmiernie zorganizowany, ale jednak podejmowanie decyzji pod wpływem impulsu nie było w jego stylu. Podobnie jak rozlewanie się na tematy prywatne. Z zamyślenia wyrwał go Patryk, który trzymał przed nim batona kokosowego. - Chcesz? – zapytał i patrzył niepewnie. - A wiesz co? Chętnie! – Kilian sam był sobą zaskoczony, ale z przyjemnością przyjął podarunek i od razu poddał go konsumpcji. Podobnie zrobił jego rozmówca. - A co tam robisz w tym Brnie? - Mieszkam dość blisko centrum i pracuję jako fotograf – w głosie wyczuwalna była nutka samochwalstwa. - O! Ale ekstra! Jesteś fotografem! Zawsze o tym marzyłem! Właściwie studiuję fotografię na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych! Może będziesz chciał rzucić okiem na moje fotografie? Może mi coś podpowiesz? – Tą fascynację Kilian już zdążył poznać. Jednak zrobiło mu się miło, że może zostać dla kogoś mentorem, czy chociaż pomóc szukać ujęć, czy robić dobre zdjęcia nocne. - Myślę, że nie powinno być problemu. Spodziewam się, że tak jak ja w Katowicach będziesz się przesiadać na autokar. Jeżeli tak, to mogę Ci pokazać kilka prostych sztuczek z aparatem – tym razem w głosie bruneta słyszalny był delikatny sentyment. Sam, przed kilku laty ukończył ASP w Poznaniu na tym samym kierunku. Jego rodzice zaszczepili w nim, co prawda chęć do nauki psychologii, ale ten kierunek zawsze traktował hobbystycznie. Fotografią zaraził go nauczyciel licealny wiedzy o kulturze, który sam dorobił się wielu wystaw w kraju i za granicą. Był jego pierwszym mentorem, a także – kiedy Kilian już był na studiach – pierwszym kochankiem. Obaj wiedzieli, że to co ich łączy nie ma prawa przetrwać, bo – wówczas – trzydziestoletni Mikołaj wciąż uczył w szkole i musiał się ukrywać ze swoją orientacją. Co więcej, była to szkoła prowadzona przez zakonników, co miało jeszcze większy wpływ na decyzję mężczyzny, żeby po kilku spotkaniach zakończyć to co ich łączyło. Kilian jednak na zawsze pozostał na światłoczułym papierze, gdzieś między książkami na regale w mieszkaniu Mikołaja. To był pierwszy taki epizod w życiu przyszłego fotografa. Do tej pory był wdzięczny swojemu nauczycielowi nie tylko za odkrycie siebie, ale również za pomoc w organizacji wystaw na studiach, portfolio do pracy magisterskiej. Do ostatnich bowiem dni studiów utrzymywali przyjacielski kontakt. - Byłoby świetnie! I owszem, przesiadam się w autokar, więc mamy jakieś dwie godziny, o ile dobrze pamiętam. - Dokładnie tak – rzucił Kilian i będąc obróconym do środka przedziału odwrócił głowę w stronę okna. Tym razem na jego oczy nie spływał sen, a rozmarzenie. W jego samotnej głowie zaczęły kotłować się myśli. Nie łapał ich, pozwolił sobie na ten strumień świadomości. Doskonałe, plastyczne wyobrażenia, fantazje, czy nawet naiwne plany na przyszłość. - Kilian! Zaraz Katowice! – ze snu wyrwał go Patryk. W przedziale zostali tylko oni dwaj. Kilian zerwał się na równe nogi, szybko otworzył plecak, sprawdził jego zawartość, zapiął i usiadł z powrotem – Czy ty właśnie sprawdzałeś, czy nikt cię nie okradł? – zapytał z nutą rozczarowania blondyn. - Tak – odparł całkiem naturalnie Kilian. Dopiero po sekundzie zorientował się, że podświadomie oskarżył o kradzież jedyną osobę, która z nim przebywała w przedziale. – O matko! Przepraszam! Patryk, kilka lat temu ukradziono mi komputer i laptopa. Od tego czasu nie śpię w pociągach, ale dzisiaj jakoś tak się stało... – próbował się tłumaczyć. - Wiesz, kiedy kot zasypia? Kiedy czuje się bezpieczny. Tak tylko powiem. Zrób z tą informacją co zechcesz – głos młodszego mężczyzny wydawał się nagle być zarówno oschły jak i pełen smutku, a sam on właśnie obracał się w stronę drzwi, żeby opuścić przedział. - Patryk...ja... naprawdę przepraszam – Kilian odruchowo obrócił za ramię towarzysza podróży. Patrzył się w jego wystraszone tym gestem oczy, które zrobiły się pochmurne, jakby uciekł z nich cały młodzieńczy blask. - Spoko, Kili. Nie ma problemu... - Kili? Nikt nigdy do mnie tak nie powiedział. Kilian, Kilianku...ale Kili? Podoba mi się! – rzucił radośnie brunet, czym spowodował uśmiech na twarzy Patryka. - No widzisz? Od dzisiaj jesteś Kili, Niszczyciel Pociągowych Przyjaźni! – zażartował blondyn. - Eeej, eej, bez przesady. Powiedziałem ci przecież jaka była sytuacja – nie udało się starszemu ukryć zakłopotania w głosie. - Doobra, kocie – Patryk zdecydowanie odniósł się do swojej anegdoty o zaufaniu u kotowatych, patrząc się z szelmowskim uśmiechem na Kiliana, któremu te słowa bardzo się spodobały – Chodź, bo pojedziemy do Krakowa, a ty musisz mnie nauczyć fotografii. - Jasne, już się zbieram... – w głowie bruneta pojawiało się coraz więcej myśli, które powoli próbował organizować w foldery. Z jego obliczeń i wspomnień wyszło, że uczucie, które się w nim buduje ostatni raz czuł siedem lat temu, będąc jeszcze na studiach w Poznaniu, kiedy to okazało się, że w jego grupie jest Mateusz, który jednak nigdy nie odwzajemnił tego uczucia, a Kilian po bardzo poważnej wymianie zdań między nimi stwierdził, że nie będzie już nigdy nigdzie lokować swoich uczuć. Teraz jednak zupełnie się zaskoczył – okazało się bowiem, że uczucia nie podlegają kontroli, ale pojawiają się spontanicznie. Dla Kiliana znaczyło to tyle, że przez tyle lat na jego drodze nie pojawił się nikt, kto uderzyłby w odpowiednią strunę jego...duszy? Serca? I do tego zrobił to chłopak o tyle lat młodszy! A co, jeżeli on też nie odwzajemni tego, co właśnie buduje się w głowie Kiliana? Jest tylko jedna metoda, żeby się o tym przekonać, ale nie ma sensu tego przyspieszać. A co jak wróci za miesiąc do Polski? Zapomną o sobie... to