Od narzędzia wyzwolenia do mięsa na sprzedaż Grindr testuje teraz (maj 2026, pilotaż w Australii, Nowej Zelandii, Kanadzie i wybranych miastach w USA) pakiet o nazwie EDGE. To miała być „ultra-premium" subskrypcja dla „bardzo wąskiej grupy odbiorców". Początkowo mówili o 350 dolarach miesięcznie, ale jak to w kapitalizmie – czemu nie więcej? Niektórzy użytkownicy widzieli w testach cenę 220 dolarów za tydzień. Za tydzień. I co dostajesz za te pieniądze? Sztuczną inteligencję o nazwie „gAI" (jak to jest kretyńskie, ale trudno), która ma Ci pomóc w: - Tworzeniu idealnego profilu (bo sam jesteś za głupi?) - Znajdowaniu „właściwych" osób (algorytm wie lepiej) - Wymyślaniu „błyskotliwych" początków rozmów (bo autentyczność to przeżytek) - Sortowaniu wiadomości według „potencjału" (AI oceni za Ciebie, kto jest warty Twojego czasu) A najlepsze – do 2027 roku planują, że boty będą mogły rozmawiać ze sobą za Was, zanim w ogóle się spotkasz z drugą osobą. Żeby, cytuję, „wyłapać ewentualne różnice nie do pogodzenia". Czyli doszliśmy do momentu, w którym za pięćset dolarów miesięcznie bot będzie flirtował z botem, żeby sprawdzić czy warto, żebyś Ty flirtował z człowiekiem. To już nie jest aplikacja randkowa. To jest outsourcing samotności. Segregacja jako model biznesowy I wiecie co jest w tym najgorsze? (Poza ceną, poza obraźliwą infantylizacją użytkowników, poza sprzedażą najbardziej intymnych rozmów do „trenowania AI"?) Że to działa. Że to jest dokładnie przemyślana strategia. Grindr już ma pakiety: Free (z paywallami na każdym kroku), Xtra (coś tam odblokowujesz), Unlimited (odblokowujesz więcej). A teraz EDGE – dla tych, którzy mają kasę. Albo tych, którzy są na tyle zdesperowani, że zapłacą pięćset dolarów miesięcznie, żeby ich AI wybrało dla nich partnera. To jest doskonała ekonomia kaskadowa. Biednych trzymasz na freemium (z reklamami, limitami, frustracją), średnich na Xtra (żeby mieli iluzję dostępu), bogatych na Unlimited... a teraz jeszcze super bogatych na EDGE. Ale o co chodzi w tej piramidzie? O to, że im więcej masz pieniędzy, tym bardziej jesteś człowiekiem. Im więcej płacisz, tym bardziej aplikacja traktuje Cię jak kogoś, kto zasługuje na uwagę. Free user? Jesteś produktem. Xtra? Jesteś klientem. Unlimited? Jesteś ważnym klientem. EDGE? Jesteś... czym właściwie? Ikoną statusu? Dowodem na to, że masz forsę? A wszyscy razem – od free po edge – jesteśmy mięsem dla akcjonariuszy. Bo przecież to nie o nas chodzi. CEO Grindr, George Arison, patrzy na kwartalne wyniki i widzi: samotność to niewyczerpany surowiec. Desperacja to odnawialna energia. A my? My jesteśmy kopalnią. Co się kurwa stało? Czasem myślę o tym znajomym z 2003 roku. Jak patrzył na ten Gaydar z zachwytem. Jak mówił: „To zmieni wszystko". I zmienił. Tylko nie tak, jak myśleliśmy. Myśleliśmy, że technologia nas uwolni. Że da nam przestrzeń, głos, dostęp. I przez chwilę tak było. Pamiętam tamte lata – Men, Nowy Men, gay.pl, gejowo, gej.net, pierwsze aplikacje, pierwsze fora. To było nasze. Społeczność. Narzędzie. A potem przyszli venture capitalists. Potem przyszły rundy finansowania. Potem Grindr wszedł na giełdę (2022, wycena 2.1 miliarda dolarów). I nagle przestało być o nas. Nagle zaczęło być o „user acquisition cost", „lifetime value", „engagement metrics". Nagle my staliśmy się metryką. I teraz jesteśmy w momencie, w którym aplikacja, która miała nas łączyć, zarabia na tym, że nas segmentuje. Że dzieli. Że tworzy kasty. Free, Xtra, Unlimited, EDGE. Jak klasy w samolocie. Z tym, że tu nie chodzi o więcej miejsca na nogi – chodzi o to, czy w ogóle ktoś Cię zauważy. A reakcja? Kpiny i oburzenie (a zapłacą i tak) Na Reddicie, na Twitterze, wszędzie ludzie wariują. „Za tę cenę mogę wynająć terapeutę i swatkę!", „To nie aplikacja, to wymuszenie!", „Sprzedają nasze prywatne rozmowy AI!". I mają rację. Oczywiście, że mają. Ale wiecie co? I tak zapłacą. Może nie Ty. Może nie ja. Ale znajdzie się grupa ludzi – bogatych, zdesperowanych, przekonanych, że pieniądze mogą kupić miłość (albo przynajmniej randkę) – którzy zapłacą. Bo to właśnie jest geniusz tego modelu: nie musisz mieć dużo klientów na EDGE. Wystarczy kilka tysięcy ludzi płacących pięćset dolarów miesięcznie, żeby zrobić miliony. A reszta? Reszta zostaje na Free, patrząc jak bogaci mają „lepsze" doświadczenie. Czyli dokładnie tak, jak w każdym innym aspekcie kapitalizmu. Tyle że tu towar to nie samochód, nie dom, nie wakacje. Towar to szansa na to, żeby nie być samotnym. Wiesz co mnie najbardziej wkurwia? Nie cena. Nie nawet cynizm tego wszystkiego. Tylko to, że to działa, bo my pozwalamy. Grindr może robić te piramidy, te segmentacje, te 499-dolarowe pakiety, bo wie, że nie mamy alternatywy. Że jesteśmy uzależnieni. Że samotność jest na tyle ciężka, że zapłacimy – jeśli nie pieniędzmi, to czasem, danymi, godnością – byle tylko nie być samemu. I tu wracam do tego mojego znajomego z 2003. „To zmieni wszystko", powiedział wtedy. I zmienił. Tylko że zamiast nas wyzwolić, wyzwolił mechanizmy, które zamieniły naszą samotność w towar, nasze pragnienie bliskości w revenue stream, a nas samych w mięso dla super bogatych. Może każdy dostaje taką rewolucję, na jaką zasłużył? Albo może – i to jest pytanie, które zostawiam Tobe – może nadszedł czas, żeby przestać być mięsem i zacząć budować coś własnego? Coś, co będzie nasze, a nie venture capitalists z Doliny Krzemowej? Bo jak dla mnie, 499 dolarów miesięcznie za to, żeby bot rozmawiał z botem o tym, czy jesteś wart mojego czasu, to nie premium. To porażka. Nasza. Kolektywna. Smutna jak pierdolony tytuł tej wiadomości, którą zobaczyłeś dziś rano na swoim darmowym koncie Grindr: „Upgrade to see who viewed you." Tylko że za EDGE wiadomość będzie krótsza: „Upgrade to be human." Zdjecie Rendy Novantino na Unsplash Czytaj też: Uzależnienie od telefonu i samotność oraz Apki randkowe LGBT: czy zamieniają nas w towar?