Zanim był Grindr, zanim był serial na Netfliksie, zanim ktokolwiek zobaczył dwóch chłopaków całujących się w reklamie — była książka. Kartka papieru, na której ktoś odważył się napisać, że tak się da żyć. Że nie jesteś sam, nie jesteś chory, nie jesteś jedyny. Nasze pokolenie odnajdywało się w druku, bo nigdzie indziej nas nie było. A teraz, kiedy patrzę na dane o czytelnictwie zza oceanu, robi mi się nieprzyjemnie — bo to, co znika, znika najpierw nam. Punktem wyjścia jest tekst Henry'ego Giardiny w serwisie Queerty . Diagnoza brutalna: Ameryka wchodzi w epokę „postpiśmienną", a dla queerowych ludzi to news gorszy niż dla reszty. Liczby, które przytaczają — za amerykańskim The Atlantic , danymi Narodowego Funduszu Sztuki (arts.gov) i badaniami RAND — mówią same za siebie. Czytamy coraz mniej. Znacznie mniej W 2004 roku dla przyjemności czytało jakieś 28 procent ludzi. W 2023 — już tylko 16 procent. Osobne badanie z 2022 roku pokazało, że mniej niż połowa dorosłych Amerykanów przeczytała w ciągu roku choć jedną książkę dla frajdy. Nie do egzaminu, nie do pracy — po prostu dla siebie. Połowa. Reszta odpłynęła w scroll, w rolki, w powiadomienia, które kasują myśl, zanim ta zdąży się dokończyć. Giardina przypomina, po co w ogóle był druk. Wynalazek prasy drukarskiej na początku XVI wieku wyrwał ludziom wiedzę z rąk instytucji, którym na niepiśmiennym i posłusznym wiernym zależało bardziej niż na myślącym. Nagle każdy mógł przeczytać sam, pomyśleć sam, zwątpić sam. Z tego wyrosło oświecenie. Umiejętność czytania nigdy nie była neutralna — zawsze była narzędziem wolności. I dlatego jej cofanie też nie jest neutralne. Dlaczego akurat nas to boli bardziej Bo zanim queerowe życie trafiło do kina i seriali, całe mieszkało w tekście. W powieściach chowanych pod materacem. W wierszach, które mówiły „ty" do kogoś, kto oczywiście był mężczyzną, choć nikt tego nie napisał wprost. W zinach robionych na ksero, w listach, w magazynach przekazywanych z rąk do rąk. Nasza historia nie leży w podręcznikach — leży w książkach, do których trzeba samemu sięgnąć. A jak ludzie przestają sięgać po książki w ogóle, to po naszą historię nie sięgnie już prawie nikt. To nie jest lament starego dziada nad tym, że „młodzi nie czytają". Zbyt dobrze pamiętam, ile znaczył jeden przemycony numer pisma, ile zmieniał jeden tekst, który mówił: istniejesz. Robiłem te pisma. Wiem, że słowo na papierze potrafiło dużo, a czasem i więcej. Kiedy zanika nawyk czytania, zanika też ten kanał — najstarszy, najcichszy i najtrudniejszy do ocenzurowania sposób, w jaki znajdowaliśmy siebie nawzajem. Cisza po czytaniu to nie tylko brak lektury Czytanie długiego tekstu to trening uwagi i krytycznego myślenia. Trzeba wytrzymać z jedną myślą dłużej niż trzy sekundy, prześledzić cudzy wywód, nie zgodzić się po drodze, wrócić. To dokładnie te mięśnie, których potrzebujesz, żeby nie dać się nabrać — na propagandę, na panikę moralną, na „ideologię", którą ktoś ci wciska między jednym filmikiem a drugim. Społeczeństwo, które przestaje czytać, łatwiej wystraszyć i łatwiej mu wmówić, kto jest wrogiem. A na liście wrogów, jak co dekadę, jesteśmy zwykle blisko czołówki. Jest w tym gorzka symetria. Ci sami, którzy dziś wyrzucają queerowe książki z bibliotek i szkół, wcale nie muszą wygrywać każdej takiej bitwy. Wystarczy, że ludzie sami przestaną czytać. Cenzura przez zniechęcenie działa równie skutecznie jak cenzura przez zakaz — tylko ciszej i bez rozgłosu. Co z tym zrobić — po ludzku Nie mam rozwiązania. Mam prośbę. Przeczytaj coś naszego. Cokolwiek — starą powieść, nowy reportaż, jeden tekst dłuższy niż podpis pod zdjęciem. Podaj książkę dalej, tak jak kiedyś podawało się pismo z rąk do rąk. Zapisz się do biblioteki, choćby na złość tym, którzy chcieliby te półki przerzedzić. Reading saves lives — czytanie ratuje życie, i ratuje wspólnoty — pisze Giardina, i wcale nie przesadza. Bo my nie utrzymamy się na powierzchni samą widocznością w reklamach. Widoczność bywa cofnięta jednym rozporządzeniem. Pamięć zapisana w tekście, przeczytana i przekazana dalej — jest znacznie trudniejsza do zabrania. Trzymajmy się jej. To wciąż nasza najlepsza broń. Na podstawie tekstu Henry'ego Giardiny w serwisie Queerty (lipiec 2026), przywołującego dane The Atlantic, amerykańskiego Narodowego Funduszu Sztuki (arts.gov) i badań RAND.