Kult penisa. Od Rzymu po Kanamara Matsuri

Sławek · 2026-11-06

Adorator penisa (po angielsku cock worshipper ) brzmi jak kategoria wymyślona w internecie w zeszłym tygodniu. Ktoś, kto poświęca penisowi całą uwagę: dotyk, usta, słowa, zachwyt. Penis może być biologiczny albo z silikonu, adorator może być kimkolwiek i mieć dowolną orientację. Zasada jest jedna i nie podlega dyskusji: zgoda wszystkich stron, reszta to gust i granice ustalone wcześniej.

Ale zanim ktokolwiek ukuł to hasło, ten sam impuls miał już religie. Kilka.

Rzym i Grecja. W Rzymie fallus był wszędzie i nikt się tym nie przejmował. Fascinus, czyli uosobiony boski penis, chronił przed złym okiem, wisiał jako amulet na szyjach dzieci i żołnierzy, brzęczał na wietrze przy wejściu do domu. Priapus, drobny bóg ogrodów o nieproporcjonalnie dużym i wiecznie sterczącym członku, pilnował upraw i odstraszał złodziei. Jego imię zostało do dziś w terminie medycznym: priapizm. W Grecji stały hermy, słupy z głową Hermesa i fallusem na trzonie, ustawiane przed domami na szczęście. (O tym, co potem z nimi zrobiono, piszę we wstępniaku do tego numeru, więc nie będę się powtarzał).

Indie: lingam. W hinduizmie lingam nie jest fetyszem. To jedna z głównych form kultu Śiwy: w świątyniach, w domach, w dwunastu świętych jyotirlingach, miejscach, gdzie według tradycji Śiwa objawił się jako słup nieskończonego światła przebijający trzy światy. Lingam osadzony w yoni, symbolu Śakti, przedstawia połączenie męskiej i żeńskiej energii kosmosu. To nie erotyka na marginesie religii, to sama religia. Wielu wyznawców oburza się zresztą, kiedy ktoś sprowadza lingam do samej anatomii. I trochę ma rację.

Japonia: Kanamara Matsuri. W Kawasaki od epoki Edo prostytutki modliły się do "Stalowego Fallusa" o ochronę przed chorobami wenerycznymi i powodzenie w zawodzie. Legenda opowiada o demonie, który ukrył się w kobiecym ciele i odgryzał penisy kolejnym partnerom, aż kowal wykuł żelazny fallus. Demon złamał na nim zęby i uciekł. Dziś świątynia Kanayama co roku wiosną wyprowadza na ulice procesję z wielkim, różowym fallusem niesionym na ramionach. Są rzeźbione rzodkwie i cukierki w kształcie penisa. Jak podają relacje, część wpływów idzie na zbiórki na badania nad AIDS, a festiwal ma też widoczną publiczność z naszego środowiska, w kraju, który rzadko daje nam tyle przestrzeni.

Bhutan. Na ścianach domów maluje się tam do dziś ogromne, kolorowe fallusy, czasem z płomieniami zamiast nasienia, czasem ze wstążkami. To spuścizna XV-wiecznego świętego szaleńca Drukpy Kunleya. Mają odstraszać złe duchy i plotki o mieszkańcach domu. Miejscowi nie widzą w tym nic wulgarnego. To narzędzie duchowe, nie dekoracja.

Dziś. Cock worship jako hasło z kinkowego internetu to najnowsza warstwa tej samej góry. Tam, gdzie kiedyś była religia albo ochrona przed demonem, jest dziś komunikacja, granice i przyjemność nazwana wprost, bez wstydu. Ten sam impuls, inny język.

I teraz pytanie, które mnie męczy. Skoro w tylu kulturach penisa się czciło, w Indiach lingamem, w Japonii procesją z różowym fallusem na ramionach, w Bhutanie malowało go na ścianach domów, to może nasz hollywoodzki wiktorianizm, w którym chuj jest albo żartem, albo pornografią, albo wstydem, wcale nie jest jedynym możliwym i właściwym podejściem do problemu trzynastu centymetrów?

Nie mówię, że mamy zacząć nosić go w procesji. Mówię, że ten sam kawałek ciała raz stał na ołtarzu, raz za kratkami, i to nie on się zmieniał.