Kiedy w końcu tam dotarłem — to był rejs La Demence, sprawdziłem: pierwszy, 2011 — robiłem z tego reportaż dla Nowego Mena i gay.pl. I się lekko rozczarowałem. Nic dramatycznego, żadnej katastrofy — po prostu miejsce okazało się miejscem, nie legendą. A to zawsze boli trochę bardziej niż zwykłe rozczarowanie. Od 2011 byłem w Grecji z pięć razy. Ani razu nie wybrałem się z powrotem na Mykonos. To chyba o czymś świadczy. 25 euro za leżak. W 2026. Za sam leżak — parasol osobno, jak zawsze. Sprawdziłem dokładnie — bo nie chciałem pisać z pamięci, a pamięć bywa kłamcą (szczególnie po paru drinkach na tamtej plaży, co za chwilę). Tylne rzędy Super Paradise: 25 euro. Pierwsza linia: nawet 50. Koktajl — od 15 w górę. I teraz porównaj to sobie z Nammos, tym prawdziwie drogim klubem po drugiej stronie snobizmu — tam leżak potrafi kosztować 70-110 euro plus obowiązkowe minimum wydatków rzędu 100 euro na osobę. Więc Super Paradise, wbrew mitowi, to nie jest najdroższe miejsce na wyspie. Jest tylko najgłośniej reklamowane jako najdroższe — bo najbardziej gejowskie, bo Instagram, bo tak się mówi od lat. A wtedy, na tamtym rejsie w 2011, drink kosztował z 10 euro, kiedy dosłownie kawałek dalej, w barze bez metki „Super Paradise", płaciłeś poniżej 5. Podwójna cena za to samo, tylko że z widokiem na tłum, który przyjechał zobaczyć tłum. I wiesz co — piętnaście lat później nic się nie zmieniło. Może nawet się pogłębiło, bo dziś to już nie jest cena za ekskluzywność, to jest cena za to że ktoś wpadł na pomysł, że gej na wakacjach zapłaci więcej za to samo, bo boi się, że gdzie indziej będzie gorzej. A miasteczko? Mykonos Town — białe uliczki, wiatraki, ten jeden słynny pelikan, drogie knajpy z widokiem na nic konkretnego. Ładne. Naprawdę ładne. Ale takich miasteczek widziałem dziesiątki. Cyklady są nimi usiane. Nic co odróżniałoby je fundamentalnie od sąsiedniej wyspy, poza tym że tu akurat wylądowała cała gejowska Europa i zaczęła sobie wmawiać, że to Mekka. Może każdy ma taką Mekkę, na jaką go stać? Sama plaża Super Paradise — powiedzmy sobie szczerze — jest zwyczajna. Piasek jak piasek, woda jak woda. Jedyne co ją naprawdę wyróżnia to dystans: jest kawałek od miasta, więc nikt przypadkiem tam nie trafia, tylko ci którzy wiedzą po co jadą. To cała magia. Nie plaża. Selekcja. To co faktycznie warto zapamiętać z Mykonos to nie same dwie plaże, o których pisze każdy — tylko konkretne miejsca, które trzymają się dłużej niż jeden sezonowy hype: Pierro's — bar działający od lat 80., wciąż żywy w 2026, nadal punkt zbiórki po północy. Jak coś przetrwało czterdzieści lat gejowskich mód, to znaczy że robi coś dobrze. JackieO' Town Bar — przy porcie, drag show, tłum który lubi być widziany. Dobry start wieczoru, zanim ruszysz dalej. Porta Bar — zawsze pełny, muzyka pop, ludzie wylewają się na ulicę. Bez pretensji. Cavo Paradiso — klub na klifie, międzynarodowi DJ-e, tam odbywa się XLSIOR pod koniec sierpnia. Jeśli szukasz czegoś większego niż plażowy afterparty — to tam. Lola — mały, kameralny, kabaretowy klimat. Dla odmiany po hałasie plaż. Koszt całości? Hotel w sezonie od 200 euro za noc za coś sensownego — to się nie zmieniło i nie zmieni, bo popyt jest za wysoki, a wyspa mała. Tańsze pokoje: dalej od centrum, Airbnb rezerwowane wcześnie. Alternatywa z podobną energią za mniejsze pieniądze — Sitges albo Lizbona w maju. Czym się ludzie na tym Mykonos podniecają? Chyba tym, że raz do roku mogą zapłacić dwa razy więcej za drinka i czuć się przez to lepiej. Więc jeśli lubisz płacić sporo i nie masz zbyt wygórowanych oczekiwań — Mykonos ci się spodoba. Jeśli szukasz tej samej legendy co czterdzieści lat temu, tej z opowieści znajomego — zostań przy opowieściach. Rzeczywistość jest zwyczajniejsza.