W Oradei na zachodzie Rumunii władze zakazały Pride'u czwarty rok z rzędu — a w tym roku po raz pierwszy otwarcie powołały się na „moralność publiczną”. Ludzie przeszli mimo to. Ponad 700 osób, przedstawiciele ośmiu ambasad, dwoje ambasadorów, rumuński Rzecznik Praw Obywatelskich — dokładnie pod tym ratuszem, który ich zakazał. A żandarmeria od pierwszej chwili rozdawała mandaty: od 1000 lei w górę, 5000 lei dla organizatorów, a niektórzy studenci dostali po 1500 lei — około 300 euro. O tym, co naprawdę stało się 25 lipca, o czteroletnim wzorcu zakazów i o sprawie, która trafiła już do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, rozmawiamy z ACCEPT — najstarszą rumuńską organizacją LGBT+. Odpowiadają Anca Baltac , prawniczka zajmująca się prawami człowieka, i Victor Ciobotaru , dyrektor wykonawczy. Odpowiedzi i cytaty autoryzowane są jako stanowisko stowarzyszenia ACCEPT. 1. Co wydarzyło się pod ratuszem 25 lipca? 25 lipca zebraliśmy się przed ratuszem w Oradei, zgodnie z uprzednim zawiadomieniem złożonym przez organizatorów w trybie przewidzianym przez rumuńskie prawo. Żandarmeria była obecna w ogromnej liczbie — nieproporcjonalnej i do liczby uczestników, i do całkowicie pokojowego charakteru zgromadzenia. Mimo to przyszło ponad 700 osób. Wśród nich przedstawiciele ośmiu ambasad, w tym dwoje ambasadorów, rumuński Rzecznik Praw Obywatelskich oraz organizacje społeczeństwa obywatelskiego z Rumunii i z zagranicy. Od momentu, gdy uczestnicy zaczęli się gromadzić, funkcjonariusze żandarmerii zaczęli wystawiać mandaty. Zaczynały się od 1000 lei (200 euro), a organizatorzy dostawali mandaty po 5000 lei (1000 euro). Władze wyraźnie brały na cel dwie grupy: osoby najbardziej widoczne i głośne, które kwestionowały ich działania, oraz uczestników najbardziej bezbronnych, w tym młodych studentów. Niektórzy studenci dostali mandaty po 1500 lei — około 300 euro. Dla młodej osoby, która może utrzymywać się ze stypendium, taka kwota bywa druzgocząca. Przekaz jest jasny: ma to zastraszyć ludzi, zniechęcić ich do ponownego udziału i sprawić, by bali się dalej domagać swoich praw. Mimo tej presji marsz przeszedł zgłoszoną trasą. Był całkowicie pokojowy i przebiegł sprawnie. Nie było żadnych aktów przemocy ani kontrdemonstracji i — według naszej wiedzy — nie było zatrzymań. 2. Jaka jest droga prawna? Czy zaskarżyliście zarządzenie burmistrza? Najpierw ważne rozróżnienie: „moralność publiczna” została wprost przywołana w 2026 roku, ale nie była podawanym uzasadnieniem przez wszystkie cztery lata. We wcześniejszych latach władze posługiwały się innymi wyjaśnieniami — rzekomym brakiem dostępnych parków, pracami budowlanymi czy imprezami odbywającymi się jakoby w tym samym czasie. Uzasadnienia się zmieniały, ale wynik pozostawał ten sam. Na marsz w 2026 roku ARK Oradea złożyła uprzednie zawiadomienie 25 czerwca — w najwcześniejszym możliwym terminie dopuszczonym uchwałą rady miasta, która wymaga złożenia go nie wcześniej niż 30 dni przed wydarzeniem. Mimo że władze miały zawiadomienie od niemal miesiąca, zaprosiły organizatorów na posiedzenie Komisji ds. Zgromadzeń Publicznych dopiero 20 lipca — pięć dni przed marszem. Rozmowa była powierzchowna i nie stanowiła rzeczywistej próby znalezienia rozwiązania. Organizatorzy zaproponowali 115 możliwych tras — właśnie po to, by zmaksymalizować szanse na znalezienie takiej, która nie koliduje z pracami budowlanymi ani równoległymi wydarzeniami. Komisja odmówiła jednak przeanalizowania tych tras wspólnie z nami. Gdy zapytaliśmy, które ulice są objęte pracami budowlanymi, które przestrzenie są zajęte i która trasa mogłaby zostać bezpiecznie wykorzystana, usłyszeliśmy, że Komisja nie ma obowiązku udzielać tych informacji, że proponowanie trasy nie należy do jej roli, a to członkowie Komisji są uprawnieni do zadawania pytań — nie organizatorzy. Zamiast rozmawiać o praktycznych i prawnych warunkach, na jakich marsz mógłby się odbyć, członkowie Komisji podważali samo istnienie potrzeby Pride'u. Organizatorów pytano, czy osoby LGBTI+ nie mają już równych praw, zatrudnienia i dostępu do opieki zdrowotnej — i po co w takim razie takie wydarzenie jest w ogóle potrzebne. Dyskusję skierowano na temat małżeństw jednopłciowych, konstytucyjnego referendum z 2018 roku w sprawie definicji rodziny oraz twierdzenia, że osoby LGBTI+ są już wystarczająco widoczne. Nic z tego nie miało żadnego związku z dostępnością czy bezpieczeństwem proponowanych tras. Organizatorów wielokrotnie proszono o opuszczenie sali, mówiąc, że Komisja będzie obradować osobno. 21 lipca burmistrz wydał zarządzenie nr 980, doręczone organizatorom 22 lipca, sformułowane jako „decyzja o nieudzieleniu poparcia” marszowi. Takiego pojęcia nie ma w ustawie nr 60/1991. Ustawa ustanawia procedurę uprzedniego zawiadomienia, a nie procedurę ogólnego zezwolenia. Gwarantuje prawo do organizowania pokojowych zgromadzeń publicznych i udziału w nich oraz zobowiązuje władze lokalne do zapewnienia warunków niezbędnych do ich normalnego przebiegu. W wyjątkowych i ściśle określonych okolicznościach burmistrz może zakazać zgromadzenia. Artykuł 9 ustawy nr 60/1991 dotyczy zgromadzeń, których celem jest m.in. podburzanie do dyskryminacji, przemocy czy zachowań nieobyczajnych sprzecznych z moralnością publiczną, albo naruszenie porządku, bezpieczeństwa lub moralności publicznej, praw i wolności obywateli czy zdrowia publicznego. Artykuł 10 pozwala burmistrzowi — na wniosek Komisji — zakazać zgromadzenia, gdy wyspecjalizowane organy dostarczą informacji wskazujących, że zagroziłoby ono porządkowi lub bezpieczeństwu publicznemu, albo gdy na proponowanej trasie prowadzone są poważne prace publiczne. Przepisy te nie są samodzielnym prawem weta w imię „moralności publicznej” i nie mogą służyć jako przykrywka dla dyskryminacyjnych zastrzeżeń wobec tożsamości organizatorów, uczestników czy przesłania zgromadzenia. Nie było żadnych przesłanek wskazujących na planowaną przemoc, bezprawne zachowanie ani zamiar odstąpienia od pokojowego celu zgłoszonego przez organizatorów. Co więcej, decyzja o zakazie musi zostać doręczona w ciągu 48 godzin od otrzymania uprzedniego zawiadomienia. Nadanie środkowi innej nazwy — zwłaszcza nazwy, która w ustawie nie istnieje — nie zmienia ani jego praktycznego skutku, ani przepisów, na których władze się oparły. Skutkiem zarządzenia nr 980 był całkowity zakaz marszu — niemal miesiąc po złożeniu zawiadomienia. Nie wnieśliśmy osobnej skargi administracyjnej na zarządzenie z 2026 roku przed marszem, ponieważ nie byłby to skuteczny środek prawny. Nie istnieje procedura zdolna zagwarantować prawomocne i skuteczne orzeczenie sądu w ciągu dwóch czy trzech dni pozostających do zgromadzenia o stałej dacie. Wyrok wydany miesiące czy lata po ogłoszonym terminie nie może przywrócić możliwości odbycia tego zgromadzenia. Brak skutecznego krajowego środka odwoławczego to jeden z powodów, dla których po wydarzeniach z 2025 roku złożyliśmy już skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Poinformujemy Trybunał o dalszej eskalacji w 2026 roku i wierzymy, że ten nowy materiał będzie miał duże znaczenie dla rozpoznania sprawy. Nadzwyczajne opóźnienia w rumuńskich sądach dobitnie pokazują problem. Zaskarżamy mandaty nałożone od 2024 roku, a mimo to nawet najstarsza sprawa — dotycząca mandatu, jaki otrzymał prezes ARK Oradea, Iulian Dițiu — wciąż nie została rozstrzygnięta. Zwykłe postępowanie administracyjne wszczęte w 2024 roku najprawdopodobniej do dziś by się toczyło — a co dopiero postępowanie w sprawie zarządzenia doręczonego 22 lipca 2026 roku, dotyczącego marszu zaplanowanego trzy dni później. Nie było zatem żadnego rumuńskiego wyroku uchylającego któryś z tych środków w terminie pozwalającym na przeprowadzenie Pride'u w Oradei zgodnie z planem. Jest jeszcze jeden istotny punkt dotyczący legalności marszu w 2026 roku. Zaraz po otrzymaniu zarządzenia nr 980 organizatorzy złożyli nowe uprzednie zawiadomienie, obejmujące jedną jedyną trasę — tę samą, którą marsz ostatecznie przeszedł. Zawiadomienie zostało formalnie zarejestrowane, a władze nie wydały w odpowiedzi żadnej decyzji o zakazie. W konsekwencji Pride w Oradei 2026 odbył się na podstawie prawidłowo złożonego i zarejestrowanego uprzedniego zawiadomienia, które nie zostało zakazane. Mandaty wystawione na tej podstawie, że ludzie wzięli udział w rzekomo „niepopartym” czy „niezatwierdzonym” marszu, są zatem bezprawne. Ustawa nr 60/1991 nie ustanawia wykroczenia polegającego na udziale w „niepopartym” zgromadzeniu. Karze organizowanie lub prowadzenie zgromadzeń niezgłoszonych, niezarejestrowanych lub zakazanych. Karze też udział w zgromadzeniu niezgłoszonym lub zakazanym połączony z odmową jego opuszczenia mimo zgodnych z prawem wezwań ze strony władz. Żadna z tych okoliczności tu nie zachodziła. 3. Dlaczego akurat Oradea? Marsze Pride napotykały wrogość podczas swoich pierwszych edycji w każdym rumuńskim mieście, w którym je organizowano — w Bukareszcie, Klużu, Jassach, Timișoarze, a teraz w Oradei. W całym kraju wciąż spotykamy się z próbami wypychania marszów Pride poza centrum, zmiany ich dat czy godzin, ograniczania ich widoczności albo nakładania zbędnych barier administracyjnych. Nieustannie jesteśmy stawiani w położeniu, w którym musimy raz za razem domagać się tych samych podstawowych praw. Sytuacja w Oradei jest jednak bezprecedensowa w swojej uporczywości i dotkliwości. Przez cztery lata z rzędu udaremniono każdą próbę zorganizowania widocznego wydarzenia Pride. Odpowiedzialność spoczywa przede wszystkim na władzach lokalnych, zwłaszcza na ratuszu Oradei i Komisji ds. Zgromadzeń Publicznych. Ich własne wypowiedzi i decyzje dowodzą, że problem nie jest wyłącznie techniczny. To ich uprzedzenie wobec tożsamości i przesłania wydarzenia wpłynęło na sposób stosowania prawa. Odpowiedzialność ponoszą też władze centralne. Władze lokalne mogły kontynuować ten schemat, ponieważ instytucje krajowe nie zdołały skutecznie interweniować, by powstrzymać nadużycia. To nie jest zatem po prostu jeden lokalny burmistrz działający w pojedynkę. Lokalną dyskryminację podtrzymuje bierność instytucjonalna na poziomie krajowym. Tymi działaniami władze lokalne szkodzą międzynarodowej reputacji zarówno Oradei, jak i Rumunii. 4. Czego oczekujecie od Komisji Europejskiej? Oradea to jedno z rumuńskich miast, które najbardziej widocznie skorzystały z europejskiego finansowania. Fundusze UE odmieniły wygląd miasta i sfinansowały duże projekty infrastrukturalne i rozwoju miejskiego. Władze lokalne zbudowały publiczny wizerunek Oradei wokół idei nowoczesnego, europejskiego miasta. Bycie europejskim nie może jednak oznaczać przyjmowania europejskich pieniędzy przy jednoczesnym lekceważeniu europejskich wartości za każdym razem, gdy prawa podstawowe stają się politycznie niewygodne. Miasto nie może przedstawiać swoich odnowionych przestrzeni publicznych, dróg, przejść podziemnych i infrastruktury jako dowodu swojej europejskiej tożsamości, jednocześnie odmawiając części swoich obywateli prawa do korzystania z tych samych przestrzeni publicznych w celu pokojowego zgromadzenia. Nie powinno też móc karać tych obywateli finansowo, gdy dalej domagają się swoich praw. Realistycznie oceniamy uprawnienia Komisji Europejskiej. Komisja nie może automatycznie zawiesić finansowania dla gminy tylko z powodu jednego incydentu. Postępowanie w sprawie uchybienia zobowiązaniom wymaga naruszenia mieszczącego się w zakresie prawa UE, a ogólny mechanizm warunkowości praworządności wymaga wystarczająco bezpośredniego związku między naruszeniem a budżetem UE. Komisja ma jednak do dyspozycji kilka dróg. Może zażądać wyjaśnień od władz rumuńskich, zbadać szerszy i powtarzalny wzorzec w ramach swojego monitoringu praw podstawowych i praworządności, ocenić zgodność z warunkami związanymi z Kartą praw podstawowych, mającymi zastosowanie do funduszy spójności, oraz zastosować procedury w sprawie uchybienia zobowiązaniom tam, gdzie spełniony jest próg prawny. Najsilniejszą realną dźwignią jest kontrola finansowa