Wmawiają nam, że to wszystko nowe. Że drag na scenie, że otwarcie pedał w świetle reflektorów, że tęcza w mainstreamie — że to wynalazek ostatnich lat, moda, „ideologia", która przyszła znikąd i zaraz sobie pójdzie. Otóż nie. Sto lat temu, w Ameryce, w samym środku prohibicji i wielkiego kryzysu, było towarzystwo, które przez kilkanaście lat rządziło nocnym życiem Nowego Jorku, Broadwayem, a na chwilę nawet Hollywood. Nazwano to Pansy Craze — szał na „ciotki". A jego królową był mężczyzna w smokingu i perłach, który potrafił jednym zdaniem rozłożyć chama na łopatki, a jak nie starczało zdania, to i pięścią. Nazywał się Jean Malin. I mało kto go dziś pamięta, choć powinien. Historię tę opisała ostatnio Rebecca Batley na łamach LGBTQ Nation , sięgając między innymi po klasyczną pracę George'a Chauncey'a Gay New York i po rozmowę z aktywistą i historykiem Owenem Keehnenem. My ją tu opowiadamy po swojemu — bo warto, żeby dotarła i do nas. Zanim była królowa, były bale Zacznijmy od tego, że nic nie bierze się znikąd. W 1869 roku — czterdzieści lat przed narodzinami Malina — w Harlemie odbył się bal, który później ochrzczono „wydarzeniem sezonu". Organizowało go stowarzyszenie Grand United Order of Odd Fellows, a gwiazdami wieczoru byli występujący w drag artyści: śpiewali, tańczyli i paradowali przed tłumem liczonym w tysiącach. Sukces był taki, że na kolejne bale zaczęli walić drzwiami i oknami także hetero — bo tam się po prostu działo. Z tego wyrósł cały światek. Przez następne dekady w Nowym Jorku przybywało klubów „pansy" — lokali, gdzie makijaż, kostium i przebranie nie znały płci. Jeden z nich, The Slide , miał opinię najbardziej rozpasanego baru w mieście; przerażony reporter „New York Evening World" pisał w 1892 roku o miejscu „niemoralnego charakteru", gdzie mężczyźni „naśladują strój i maniery kobiet", malują twarze, rozjaśniają włosy, noszą bransolety i kobiece imiona. Dla reportera skandal. Dla nas — pierwsi znani z imienia przodkowie. To właśnie w takich lokalach odbywały się słynne bale maskowe. Dwie rzeczy je napędzały: otwartość — przychodzili ludzie każdego koloru i każdej orientacji — oraz alkohol z przemytu, bo szła akurat prohibicja i trunku legalnie nie było. Kluby, jazz, kostiumy, wódka spod lady. W tym świecie dorastał chłopak, który miał go za moment uosobić. Victor, który stał się Jeanem Urodził się jako Victor, 30 czerwca 1908 roku, w robotniczej rodzinie w Nowym Jorku. Od małego ciągnęło go do przebrania i sceny. Termin Pansy Craze — na określenie tego okresu wzmożonej widoczności i akceptacji osób nieheteronormatywnych w amerykańskiej kulturze lat 20. i 30. — ukuł dopiero Chauncey w swojej książce. Ale zjawisko żyło na długo przedtem, a Malin wpłynął do niego jako nastolatek, już od połowy drugiej dekady życia obstawiając drag-bale. I wygrywał. Częściej niż przegrywał. Jak wyglądał na tych balach? Chauncey opisuje jego zwycięskie kreacje: „czarny aksamit i srebrna koronka", do tego „egzotyczne twory z różowych albo złotych piór". Wysoki, o ostrych kościach policzkowych, z nienagannie czerwoną szminką — Malin był z tych, których się nie zapomina. Sukces przyciągnął uwagę. Tę dobrą i tę złą. Anegdota, która mówi o nim wszystko: pewnej nocy na początku lat 30., głodny i zmęczony, wracał z balu, na którym właśnie zgarnął pierwszą nagrodę. Wciąż w pełnym drag wstąpił do baru. Jego widok rozwścieczył czterech facetów, którzy chlusnęli w niego dzbankiem wrzątku. Malin odwrócił się i — jak relacjonował ówczesny felietonista „Daily Mirror" — spuścił „trzem z nich" łomot do nieprzytomności. A kiedy było po wszystkim, dumnie ogłosił, że poszło łatwo, po czym rozpłakał się nad zniszczoną suknią. Cały on: pięść i pióra w jednym. Ze sceny „w kobietę" do otwartego geja przy mikrofonie Pod koniec nastoletnich lat Malin otarł się już o chórki kilku broadwayowskich produkcji, ale pieniądz był w drag. Wcielił się więc w Imogene Wilson — imię było zarówno grą z jego własnym, jak i ukłonem w stronę aktorki Mary Nolan — i występował w Greenwich Village. Grał w lokalach takich jak Paul and Joe's czy Rubaiyat , wyrosłych wprost z XIX-wiecznych balów maskowych, którym prohibicja dała idealne warunki do rozkwitu. Rubaiyat był znaną w całym kraju, prowadzoną przez mafię spelunką — i to tam robota Malina zaczęła przyciągać szerszą uwagę. Jego seplenienie, ostry dowcip i język jak brzytwa, którym rozprawiał się z natrętami, przyniosły mu nagłówki i owacje. Wkrótce trafił na scenę Club Abbey przy 46. ulicy i 8. Alei — lokalu Louisa Schwartza. Był już wtedy taką figurą, że asystowali mu inni popularni artyści drag, jak Helen Morgan Jr. czy Lestra LaMonte. I tu następuje rzecz kluczowa. W pewnym momencie Malin przestał „grać kobietę". Zdjął suknię i wyszedł na scenę jako otwarcie gejowski konferansjer — w smokingu, elegancki, dowcipny, zjadliwy, zniewieściały i ani przez sekundę tego nie ukrywający. I publiczność oszalała. Nigdy wcześniej numer estradowy nie kręcił się jawnie wokół bycia gejem. Jak ujął to historyk Owen Keehnen w rozmowie z „LGBTQ Nation": „Był popularny, bo był świetną zabawą. Pokazywał kompletne wyzwolenie. To był czas hedonizmu, znudzenia i imprezowania… Tyle rzeczy było nielegalnych. Sam fakt, że ci ludzie siedzieli w barze i pili, był nielegalny". Skoro i tak łamiesz prawo samą swoją obecnością — dodawał — to nie ma już kto ci mówić, że rozrywka jest „nie na miejscu". „Anything went". Wszystko było dozwolone. „All that twitters isn't pansy" Malin nie był chudą drag queen do przewrócenia jednym pchnięciem. Metr osiemdziesiąt kilka wzrostu, dziewięćdziesiąt kilo umięśnionego ciała — i pilnował, żeby każdy natręt o tym wiedział. Raz, jak podają źródła, przyłożył jakiemuś chamowi w trakcie piosenki, nie gubiąc ani taktu, co skłoniło dziennikarza Eda Sullivana do słynnego bon motu: „all that twitters isn't pansy" — nie każdy, kto ćwierka, jest ciotą. Malin żądał od widowni szacunku. I go dostawał. A jak ktoś podnosił głos, rozszarpywał go, cytując Chauncey'a, „najlepszą bronią drag queen: swoim dowcipem". Prasa branżowa to odnotowała. „Variety" pisało, że najlepszym artystą w klubach Village „na linii pansy" jest Jean Malin, i że nadchodzący sezon na Broadwayu będzie miał „pansies" jako główną atrakcję. To Malin — jak twierdził nieżyjący już amerykański dziennikarz Mark Hellinger — „dał Broadwayowi pierwszy rzut oka na nocne życie ciotek". Przyniósł na główną scenę, słowami JD Doyle'a z pisma „The Front Page", „kampowy dowcip gejowskiej subkultury". Numer był rewolucyjny — nigdy wcześniej estrada nie mówiła o queerness wprost. Za nim poszli inni: Ray Bourbon, Gladys Bentley , Karyl Norman. W repertuarze pojawiały się piosenki w rodzaju „Let's all be fairies", z dwuznacznym „gay" w każdej linijce: „Ding dong, fairy bells are gay ringing…". Puenta brzmiała „Let's all be family" — bądźmy wszyscy rodziną. Sto lat temu. Zapamiętajcie to. Szczyt: pearl, smoking i Ginger Rogers pod rękę W smokingu i perłach Malin stał się panującą królową całego Pansy Craze. Wymieniano go w gazetach niemal codziennie. Pod rękę widywano z nim gwiazdy pokroju Ginger Rogers. Do 1930 roku był najlepiej opłacanym artystą klubowym w całym kraju . Zagrał też w Sisters of the Chorus , mainstreamowej produkcji, która miała premierę 20 października 1930 roku — po raz pierwszy otwarcie gejowski mężczyzna stanął na „hetero" deskach Broadwayu. Potem zaczęło się psuć — i to nie z powodu talentu. Jeszcze w tym samym roku w Club Abbey doszło do próby zabójstwa lokalnego mafiosa Charlesa Shermana. To był pretekst, na który policja czekała: zamknąć kluby „pansy". Bez stałej sceny Malin ruszył szukać szczęścia w Bostonie — tabloid „Brevities" wieszczył, że zamieni miasto w „lawendowy obóz miłości". Z Bostonu pojechał do Hollywood. Hollywood otwiera drzwi. I zaraz je zatrzaskuje Popularność wciąż nie słabła. W 1933 roku Malin pojawił się w filmie Dancing Lady — z Joan Crawford i Clarkiem Gable'em, a przy okazji z ekranowym debiutem Freda Astaire'a. Zagrał chłopaka z chórku, a w naszych kręgach obsadzenie go odczytano i jako triumf, i jako dowód rosnącej akceptacji. Przyszły kolejne role: parodia Mae West o imieniu Ray Best w Arizona to Broadway (u boku Jamesa Dunna i Joan Bennett), a także Double Harness . Nagrywał piosenki — „That's What's the Matter with Me" oraz „I'd rather be Spanish than Mannish". Że ten drugi kawałek, z cienko zawoalowanymi aluzjami do homoseksualności, nagrano oficjalnie w 1932 roku — dziś aż trudno uwierzyć. Ale klimat się zmieniał. Lata 30. to bieda, gospodarka podnosząca się z kolan po krachu na Wall Street i odrodzenie prawicy. W Nowym Jorku komisarz policji Edward Mulrooney rozkręcił nagonkę: każdy lokal znany jako „pansy" albo zamykano, albo zakazywano w nim występów drag. Powód? Od „niemoralności" po zarzut promowania „nienaturalnego" gejowskiego stylu życia. Znajomo brzmi, co? Los Angeles poszło tym samym tropem. Kiedy szef studia RKO, BB Kahane, zobaczył zniewieściały występ Malina w Double Harness , wydał wyrok: „Nie sądzę, żebyśmy powinni mieć tego człowieka na planie w jakimkolwiek filmie, krótkim czy pełnym". Persona Malina była zbyt mocno zrośnięta z „pansy" — więc sama jego obecność stała się „moralnym skandalem". Jak podsumowuje Keehnen, „ciotki na ekranie odczytywano jako skrajnie niepoważne", a ich zniewieściałość nie pasowała do coraz bardziej prawicowego społeczeństwa szukającego kozła ofiarnego. Drzwi Hollywood się zamknęły. Sceny Malina w Double Harness przemontowano z innym aktorem, jego ujęcia wycięto, a on wrócił do klubów. Ostatnia noc Jeana Malina Mimo narastającej wrogości Malin dostał angaż w Ship Cafe w Los Angeles i wciąż ściągał tłumy. Występował tam dwa tygodnie. W nocy z 10 na 11 sierpnia 1933 roku, po ostatnim pokazie — klub wciąż miał na afiszu hasło „ostatni wieczór Jeana Malina" — wsiadł do swojego auta razem z przyjacielem Jimmym Forlenzą i aktorką Patsy Kelly. Jechali na afterparty do lokalu Hollywood Barn. Zmęczony potwornym grafikiem Malin pomylił biegi; sedan wpadł na molo w Venice i runął do oceanu. Forlenzę i Kelly wyciągnięto z drobnymi obrażeniami — z pomocą ratownika zdołali wydostać się z wraku. Malina uwięziła kierownica. Utonął w kilka sekund. Miał 25 lat. „Auto plunge kills actor!" — „Śmierć aktora w aucie!" — grzmiał nagłówek 11 sierpnia 1933 roku. A klub wciąż zapraszał na „ostatni wieczór Jeana Malina". Był ostatni naprawdę. Era, która skończyła się niemal z dnia na dzień Śmierć Malina praktycznie zamknęła Pansy Craze. W grudniu 1933 roku zniesiono prohibicję — a wraz z nią zniknęła nisza, w której działały nielegalne „pansy" speakeasy. „Skończył się nie tylko szał na ciotki, skończyła się prohibicja", mówi Keehnen. „Przyniosło to koniec całej tej frywolności, a Jean Malin, symbol tej rozpasanej, dekadenckiej queerness, rzecz jasna też się skończył. I bardzo szybko nasi ludzie wrócili do szafy. Stało się to niemal z dnia na dzień, a życie zrobiło się dużo trudniejsze". Ray Bourbon i inni trafili pod cenzurę i pod pałkę — aresztowano ich w trakcie podziemnego show „Boys Will Be Girls" w San Francisco, ledwie kilka tygodni po śmierci Malina. A w lipcu 1934 roku Hollywood wygodnie zapomniało, że kiedykolwiek fetowało otwartego geja: studia wprowadziły Motion Picture Production Code , który — między innymi — wprost zabraniał pokazywania homoseksualności na ekranie. Kurtyna. Na dekady. Po co to dziś odgrzebywać Bo, jak mówi Keehnen, Pansy Craze nie trwał długo, ale „był ogromnym zastrzykiem widoczności, którego wielu trzymało się przez lata — aż do nowoczesnych ruchów gejowskich lat 50.". Zbliża się setna rocznica tamtego zjawiska i wraca zainteresowanie. Dobrze. Bo mit, że nasza obecność w mainstreamie to świeży wynalazek, rozsypuje się w drobny mak, kiedy spojrzeć na Malina i jego świat. Byliśmy na scenie. Na okładkach gazet. Na Broadwayu i w Hollywood. Sto lat temu. A potem ktoś zdecydował, że mamy wrócić do szafy — i przez chwilę mu się to udało. Warto o tym pamiętać nie z nostalgii, tylko z ostrożności. Bo drzwi, które raz się