No dobra, tytuł — Proud — to jedna z niewielu rzeczy, do których można się przyczepić. Chociaż pewnie dzięki temu tytułowi serial się będzie oglądać nie tylko nad Wisłą. Może jeszcze tego, że do darkroomu przechodzi się przez kuchnię. Reszta się zgadza. Imprezy, dragi, seks — czyli mityczna rzeczywistość wielkomiejskiego imprezowicza. Wszystko jest trochę sztampowe — Filip — dokładnie taki, jak wyobrażają sobie geja wyborcy Konfy, jego wiecznie niezadowolona siostra, która robi aferę o niewyniesione śmieci, kumple, diler ... Ale nie ma się natarczywego wrażenia, że to polski film, polski serial, chociaż kręcono go w sumie obok miejsc, obok których codziennie przechodzę — dosłownie pod Pałacem Kultury, w sercu tego całego naszego skomplikowanego miasta. Ta historia mogłaby się zdarzyć dokładnie wszędzie. Lekcja przyspieszonego dojrzewania Piotrusia Pana. I ta lekcja przychodzi szybko. Bardzo szybko. Bo siostra — ta od niewyniesionych śmieci, ta wieczna zrzęda — umiera w pierwszym odcinku. Ot tak. I to jest ta scena, po której wiedziałem, że ktoś tu wiedział co robi. Filip leci z dyskoteki na pogotowie, brokat jeszcze na twarzy, makijaż się rozpływa, światła rozjeżdżają się przed oczami — wizualnie Euforia , tylko że pod polskim niebem i na warszawskiej ulicy. Wpada cmyk, naćpany, roztańczony na polski szpitalny korytarz, ten najbardziej obskurnym z możliwych i dostaje w pysk najgorszą wiadomość świata. A do tego prezent, którego nikt nie chce: dzieciak. Małe dziecko siostry, które od tej chwili jest jego. I tu się kończy impreza. A zaczyna serial. Bo wiesz, jak to zwykle bywa z polskim „gejowskim" produktem. Albo dostajesz martyrologię — chłopak z małego miasta, matka która płacze, ksiądz, pobicie pod blokiem, łza w finale i napis „na podstawie prawdziwych wydarzeń". Albo komedię, gdzie pedał jest po to, żeby hetero widz mógł się pośmiać i poczuć tolerancyjny, bo „przecież nic do nich nie mam". Trzeciej drogi nie było. A Proud idzie trzecią. Filip nie cierpi dlatego, że lubi facetów. Filip cierpi, bo właśnie z dnia na dzień przestał być dzieckiem i musi się zająć innym dzieckiem, a kompletnie się do tego nie nadaje. To mogłaby być historia każdego. Tyle że jest o nas. I camp też jest, nie martw się. Ta scena na planie — Filip robi za modela, przychodzi na sesję na zjeździe, blady jak ściana, i mdleje rzygając, a jego pies rzuca się na te rzygi i zaczyna je żreć. No dobra. To jest leeekkie przegięcie. Ale wiesz co — w sumie troche campu być musi, bo bez tego ten serial byłby po prostu kolejnym dramatem o stracie, a tak jest czymś żywszym, brudniejszym, prawdziwszym. Szef agencji oczywiście się wkurwia i wyrzuca Filipa z pracy, bo świat nie czeka aż ci się życie poskłada. Świat ma to wyjebane. I to też jest prawda, której martyrologiczne seriale nie pokazują — że tragedia nie zatrzymuje rachunków. Pamiętam czasy, kiedy żeby zobaczyć siebie na ekranie, trzeba było ściągać kasety z Zachodu. Dosłownie kasety, dzieciaku. VHS, przegrywane po piąte ręce, obraz jak przez mgłę, niemiecki bez napisów, francuski na Le cauge aux Folles, ale kogo to obchodziło — ważne, że tam ktoś żył tak jak ty i się tego nie wstydził. Potem był internet i nagle cały świat, tylko że ten świat ciągle był gdzie indziej. Londyn, Berlin, San Francisco. Zawsze gdzieś. Nigdy tu. A teraz, kurwa, mamy serial nakręcony pod Pałacem Kultury, który wygląda jakby się działo w dużym świecie — i jednocześnie czuć, że to nasz świat. Nasza Warszawa. Nasze korytarze pogotowia. I tu nie mogę nie wspomnieć o Królowej . Bo to ta sama szkoła: wypuścić serial na Pride, zgrać premierę z Paradą, posłać go w świat akurat wtedy, kiedy wszyscy patrzą. Proud miał premierę wczoraj, a dziś idziemy ulicami Warszawy — przypadek? No jasne, że nie. Ale różnica jest zasadnicza. Bo przy Królowej — powiem szczerze — czasem przed ekranem się wstydziłem. Tego przerysowania, tej pewności, że trzeba wszystko podać widzowi na łopacie, z brokatem i ze łzą, żeby zrozumiał. Przy Proud — nie. Ani razu. I to jest dla mnie najważniejszy komplement, jaki mogę temu serialowi dać. Filip jest świetny. Głowa ciągle na poziomie weekendowego after-party, a tu nagle dziecko, śmierć, wylot z pracy, całe życie się sypie. Piotruś Pan, któremu Nibylandia zawaliła się w jeden weekend. I w przeciwieństwie do większości aktorów z polskiej szkoły - nie gra, nie ciśnie, nie męczy się. To chyba najmocniejszy punkt tego serialu. Można to zobaczyć choćby w scenie z dilerem (który zachowuje się jakby się urwał z Chłopaków co nie płaczą). Czy kiedy Filip wchodzi do pomieszczenia z ciałem siostry. Czy to dobry serial? Dobry. Nie wybitny, nie przełomowy. Ale dobry. Ogląda się, nie ucieka oczami, nie wstydzi się za twórców — a po Królowej to dla mnie naprawdę nie jest oczywiste. A to, biorąc pod uwagę z jakiego dna startowaliśmy, jest sporo. Nic dziwnego, że Series Mania w Lille dało mu Grand Prix, a Ignacemu Lissowi nagrodę aktorską — pierwszy polski serial w tamtejszym konkursie głównym od dziesięciu lat. Czasem trzeba pojechać do Francji, żeby usłyszeć, że umiemy o sobie opowiadać. I jest coś jeszcze. To, że wychodzi akurat teraz, w czerwcu, w przededniu Parady — marketing zrobił swoje, jasne. Ale jest w tym jakaś sprawiedliwość. Bo Proud nie krzyczy o dumie. Nie ma w nim sceny, gdzie ktoś staje na barykadzie i wygłasza monolog o godności. Duma jest tu cicha. Wbudowana w to, że ten rozpieszczony dzieciak z brokatem na twarzy bierze na siebie cudze dziecko i jakoś — niezgrabnie, z rzyganiem, z psem, z całym tym campowym bałaganem — próbuje być dorosły. To jest najbardziej dumna duma, jaką widziałem na polskim ekranie. Taka, która nie musi się ogłaszać. Obejrzyj. Najlepiej dziś, po Paradzie, jak wrócisz z nóg pościeranych do kości. Bo gdzieś między tą sztampą, tym campem i tą śmiercią w pierwszym odcinku siedzi prawda, której dwadzieścia lat temu nikt by nam nie pokazał. A dziś — proszę bardzo. Leci se na ekranie. I nie trzeba się wstydzić. No i dobrze, że jest. I że czekamy na kolejny odcinek „Proud", reż. Karol Klementewicz, 8 odcinków, HBO Max, nowe odcinki co tydzień do 31 lipca. W roli Filipa Ignacy Liss. Czytaj też: Co oglądać, czytać i czym się ekscytować w maju oraz 17. LGBT+ Film Festival Poland 2026