Zaplanowaliśmy to na lipiec. Pogoda miała inne plany — zaskoczyła nas jak śnieg drogowców. Upały weszły już w czerwcu, bez zapowiedzi, bezczelnie, i nagle się okazało, że numer o plażach leży w szufladzie, a ludzie już się smażą na każdym skrawku trawy. Więc wrzuciliśmy wam letnią sekcję przedpremierowo. Bez bicia w dzwony, po cichu — bo lepiej dać ją wam dzień za wcześnie niż tydzień za późno. Bo to nie jest sekcja tylko o słońcu i piasku. Słońce i piasek macie wszędzie. Nas interesuje to, co się dzieje na plaży i wokół niej — kto na kogo patrzy, gdzie się chodzi „za wydmę", gdzie wieczorem zaczyna się drugie życie, którego o trzeciej po południu jeszcze kompletnie nie widać. Plaża to najbardziej demokratyczne miejsce, jakie wymyślił człowiek: wszyscy w tym samym stroju, czyli prawie w żadnym, bez marek, bez krawatów, bez tego całego teatru. I jednocześnie najbardziej kodowane — bo każdy, kto wie, wie. A kto nie wie, leży sobie z dzieckiem i wiaderkiem i niczego nie zauważa. Jako że wyjeżdżanie nad różne morza staje się — z powodu cen — atrakcją zarezerwowaną dla wybranych, w tym numerze schodzimy na ziemię. Dosłownie. Skupiamy się na plażach miejskich i podmiejskich , takich, na które dojedziesz rowerem albo tramwajem, a nie samolotem z dwoma przesiadkami i kredytem. Każde większe miasto taką plażę ma. Tyle że nie na każdej coś się dzieje — i właśnie to staramy się dla was rozdzielić: gdzie jest woda i piach, a gdzie woda, piach i życie. Ale nie zostawiamy też tych, którzy jednak gdzieś wyjadą. W lipcu zabierzemy was na konkretne kierunki: Barcelonę i jej Mar Bellę, gdzie rano leżysz nago, a wieczorem idziesz do Areny. Sitges, które niczego nie musi udawać. Super Paradise na Mykonos — i cenę, jaką płacisz za mit. Maspalomas na Gran Canarii, te wydmy, ten cruising, ten rok bez zimy. I Chorwację, która nie ma żadnej oznakowanej plaży gejowskiej, a ma ich dziesiątki — bo „wszyscy wiedzą". Do tego mapa ryzyka: gdzie w Europie możesz na plaży położyć rękę na ramieniu faceta i nie sprawdzać instynktownie, kto patrzy. I krótki, praktyczny tekst o tym, co spakować do walizki, żeby później nie żałować. Przypominam przy okazji rzecz oczywistą, o której łatwo zapomnieć w euforii pierwszego upału: plaże funkcjonują nie tylko w lipcu i sierpniu. Wrzesień nad Morzem Śródziemnym bywa lepszy niż cały nasz polski lipiec — woda cieplejsza, tłum mniejszy, a opaleniznę (albo fajnego faceta) złapiesz równie skutecznie. Więc jak czytacie ten numer i myślicie „za późno, sezon w połowie" — nie jest za późno. Sezon dopiero się rozkręca, a najlepsze często przychodzi po nim. Jest jeszcze jedna rzecz, której nie da się obejść, pisząc o plaży. Ciało. Plaża to jedyne miejsce, gdzie nie ma się gdzie schować — i dla wielu z nas to nie jest wcale relaks, tylko godzina, której się boimy. Wstyd, brzuch, blizny, to wszystko, co normalnie chowamy pod warstwą ubrania. O tym też będzie w lipcu, bez ściemniania. Bo plaża powinna być właśnie tym jednym miejscem, gdzie wreszcie nic nie musisz — nie musisz mieć płaskiego brzucha, nie musisz nikomu nic udowadniać, nie musisz grać. Możesz po prostu leżeć i być. I to jest, moim zdaniem, więcej warte niż jakikolwiek bilet lotniczy. No i teraz wy. Bo my możemy obskoczyć Barcelonę, Maspalomas i połowę polskich kąpielisk, ale nie znamy waszej okolicy tak jak wy. Jeśli wiecie o jakimś miejscu do plażowania pod swoim miastem — takim, gdzie faktycznie coś się dzieje — po prostu wrzućcie je w komentarzach. Albo napiszcie do mnie na DM. Najlepsze mapy nie powstają w redakcji. Powstają z szeptów: „a tam, za zakrętem, jak miniesz pomost…". Dorzućcie swój szept. Zrobimy z tego coś, z czego skorzysta cała reszta. Lato się zaczęło. Wcześniej niż chcieliśmy. To korzystajmy.