Pierwszy raz o panseksualności usłyszałem przy okazji Jeffa Strykera — jedynej prawdziwej gwiazdy gejowskiego porno, który sam nigdy nie określał się jako gej, tylko właśnie pan, swój własny rodzaj. Potem długa cisza. Teraz głośno mówi o tym Monika Miller, wnuczka premiera — i temat wraca, tylko już nie z Hollywood, a z naszego podwórka. Co to właściwie znaczy. Najprościej: nie zatrzymujesz się na płci, gdy kogoś polubisz. Nie patrzysz najpierw kim ktoś jest pod względem płci, dopiero potem kim jest jako osoba — patrzysz od razu na osobę. Czy to to samo co bi. Pytanie wraca zawsze i nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Kiedyś bi rozumiano jako pociąg do dwóch płci — kobiet i mężczyzn, i tylko tyle. Pan powstało jako odpowiedź na to ograniczenie, dla ludzi którzy czuli że płeć w ogóle nie jest dla nich punktem odniesienia. Dziś wiele osób bi rozumie swoją orientację identycznie jak pan — więc często to kwestia tego jakie słowo komu lepiej leży, nie różnicy w tym co się czuje. Monika Miller powiedziała to gdzieś prościej niż każdy słownik: "nie wybierasz osoby bo jest kobietą albo mężczyzną, wybierasz bo to jest ta osoba". I to jest najlepsze tłumaczenie całego tematu — bez teorii, bez greki, bez flagi. Nie chodzi o to że płeć drugiej osoby jest niewidzialna. Bardziej o to że nie jest warunkiem. Można być bardziej zauroczonym konkretną kobietą niż konkretnym mężczyzną — ale nie dlatego że jest kobietą, tylko dlatego że to ona, ten konkretny człowiek. Termin pojawił się w Polsce dość późno, w internecie lat 2010-tych, i nadal sporo ludzi go nie znało — stąd pytania w stylu "czy to nowa moda". Nie jest nowa. Po prostu długo nie miała własnego słowa. Skrót: pan. Flaga: róż, żółty, niebieski — róż kobiety, niebieski mężczyźni, żółty wszyscy poza tym podziałem. I jedno, czego nie warto mówić: "bi, tylko bardziej". To nie stopień ani wyższy poziom czegoś. To inne słowo na inne odczuwanie świata.