PrEP to skrót od angielskiego Pre-Exposure Prophylaxis, czyli profilaktyka przedekspozycyjna. Brzmi jak coś z ulotki, więc po ludzku: to tabletka, którą bierzesz, żeby się nie zakazić HIV. Zanim cokolwiek się wydarzy, nie po fakcie. Działa, zanim wirus w ogóle dostanie szansę. Zacznijmy od tego, czym PrEP nie jest. Nie jest lekiem na HIV, bo bierze ją osoba zdrowa, niezakażona. Nie jest tabletką „po", którą łykasz rano z paniką w gardle. I nie jest, wbrew temu co czasem usłyszysz, przepustką do rozpusty ani dowodem, że ktoś jest nieodpowiedzialny. To narzędzie. Takie samo jak pas w samochodzie. Nikt nie mówi, że zapinasz pas bo planujesz wypadek. Jak to działa. PrEP to najczęściej jedna tabletka łącząca dwie substancje, tenofowir i emtrycytabinę. Substancja gromadzi się w organizmie i kiedy jest jej dość, blokuje wirusowi możliwość namnożenia się w komórkach. Wirus wchodzi, ale nie ma się gdzie zaczepić. Przy regularnym przyjmowaniu skuteczność w zapobieganiu zakażeniu drogą płciową sięga około dziewięćdziesięciu dziewięciu procent. To nie jest „a może zadziała". To jedna z najlepiej przebadanych profilaktyk, jakie mamy. Są dwa główne schematy. Pierwszy to jedna tabletka codziennie, o stałej porze, niezależnie od tego czy danego dnia coś się dzieje czy nie. Drugi, nazywany dwa plus jeden jeden, jest dla osób, które wiedzą z wyprzedzeniem o kontakcie: dwie tabletki na dobę do dwie godziny przed, potem po jednej przez dwa kolejne dni. Który schemat dla kogo, to rozmowa z lekarzem, nie loteria z internetu. Teraz rzecz, o której trzeba mówić głośno, bo gubi ludzi. PrEP chroni przed HIV. Tylko przed HIV. Nie przed kiłą, rzeżączką, chlamydią, opryszczką ani niczym innym. Dlatego PrEP nie wyrzuca prezerwatywy do kosza, tylko staje obok niej. Jeśli rezygnujesz z gumy, robisz to świadomie i bierzesz na siebie ryzyko pozostałych zakażeń. Stąd druga połowa układu: badania. Osoba na PrEP regularnie, mniej więcej co trzy miesiące, robi test na HIV i przegląd pozostałych infekcji. To nie kara. To część pakietu, dzięki któremu wszystko działa. Po co to komu. PrEP ma sens dla każdego, kto realnie może mieć kontakt z HIV: dla mężczyzn sypiających z mężczyznami bez stałego, przebadanego partnera, dla osób w związkach, gdzie jedna strona żyje z HIV, dla każdego, kto po prostu chce mieć tę warstwę spokoju. I tu pojawia się rzecz, której nie widać w tabelkach. PrEP zdejmuje strach. Ten cichy, który siedzi gdzieś z tyłu głowy i potrafi zepsuć bliskość, zanim ona się zacznie. Wiele osób mówi, że dopiero na PrEP poczuło, że może być obecne w łóżku, a nie liczyć w myślach dni do testu. Słowo o osobach żyjących z HIV, bo to ta sama rozmowa z drugiej strony. Dziś skutecznie leczona osoba z HIV osiąga stan, w którym wirus jest niewykrywalny, a niewykrywalny znaczy nieprzenoszący. Nie zakazi nikogo. PrEP i leczenie to dwie strony tej samej monety: jedna chroni zdrowych, druga sprawia, że zakażeni żyją długo i nikomu nie zagrażają. Strach z lat osiemdziesiątych był uzasadniony. Dziś medycyna jest gdzie indziej, tylko głowy nie zawsze za nią nadążają. W Polsce PrEP jest legalny i dostępny, ale na receptę i na własny koszt. To wymaga wizyty u lekarza, najczęściej w poradni chorób zakaźnych albo w punkcie zajmującym się zdrowiem seksualnym, oraz wstępnych badań, które potwierdzą, że można zacząć. Dostępność bywa nierówna, ceny też, ale rynek leków generycznych mocno to potaniał w ostatnich latach. Punkty informacyjne i organizacje zajmujące się HIV podpowiedzą, gdzie się zgłosić, jeśli nie wiesz od czego zacząć. Na koniec to, co najważniejsze. PrEP nie jest dla kogoś innego, dla bardziej rozwiązłych, dla tych „z grupy ryzyka", cokolwiek to znaczy. Jest dla ludzi, którzy chcą uprawiać seks i robić to mądrze. Branie odpowiedzialności za własne zdrowie to nie wstyd. To dorosłość. A pytanie o PrEP u lekarza nie jest przyznaniem się do niczego, tylko zwykłym, rozsądnym pytaniem zdrowej osoby, która chce taką zostać.