Różowy trójkąt nie zaczął się jako symbol dumy. Zaczął się jako naszywka, którą naziści przyszywali więźniom obozów koncentracyjnych — tym, których zamknęli za to, że byli gejami. Każda grupa więźniów miała swój kolor: Żydzi żółtą gwiazdę, więźniowie polityczni czerwony trójkąt, a mężczyźni skazani z paragrafu 175 niemieckiego kodeksu karnego — różowy. Skierowany wierzchołkiem w dół. Paragraf 175 kryminalizował „nierząd między mężczyznami". W obozach różowe trójkąty były na samym dole hierarchii — bici i poniżani także przez współwięźniów. Wielu nie przeżyło. A ci, którzy przeżyli, mieli gorzki finał: w powojennych Niemczech paragraf 175 dalej obowiązywał, więc część wyzwolonych z obozów trafiała z powrotem za kraty. Ich cierpienie przez dekady nie liczyło się oficjalnie jako ofiara nazizmu. I tu robi się ważne — bo to właśnie ten znak hańby środowisko gejowskie wzięło i odwróciło. Dosłownie. W latach 70. ruch wyzwoleńczy zaczął nosić różowy trójkąt jako znak pamięci: nie zapominamy, kto za to zapłacił. A w 1987 amerykańska grupa ACT UP, walcząca w czasach epidemii AIDS, odwróciła trójkąt wierzchołkiem do góry i dołożyła hasło „Silence = Death" — Cisza = Śmierć. Z piętna zrobili oskarżenie i wezwanie do działania. To jest sedno i powód, dla którego wciąż widać go na marszach: różowy trójkąt mówi dwie rzeczy naraz. Pamiętamy, co się stało. I nie zgadzamy się, żeby się powtórzyło. Czym różni się od tęczowej flagi? Flaga Gilberta Bakera z 1978 to symbol radosny — różnorodność, duma, świętowanie. Różowy trójkąt jest cięższy. To pamięć i opór, nie impreza. Jedno nie wyklucza drugiego — flaga i trójkąt to dwie strony tej samej tożsamości. Łatwo dziś wziąć ładny różowy trójkącik jako wzorek na koszulkę i nie wiedzieć, że stoją za nim ludzie zamęczeni w obozach i ci, którzy po wojnie wrócili do cel zamiast do domów. To nie dekoracja. To najstarszy z naszych symboli — starszy od tęczowej flagi o dekady — i akurat ten nosi się z powagą.