Bo to jest ważne. Nie jako historyczna ciekawostka, nie jako "pamiętajmy o korzeniach" w stylu szkolnej pogadanki — ale dlatego że bez tego kontekstu cały ten spektakl, te wszystkie tęczowe flagi i korporacyjne banery, te platformy z muzyką i napojami energetycznymi w cenach sopckich, staje się czymś z czego nie bardzo wiadomo śmiać się czy płakać. Stonewall. Celebrowany teraz pod wszystkimi szerokościami geograficznymi, wzmiankowany w przemówieniach i na tablicach pamiątkowych, patronujący organizacjom i nagrodom. Stonewall Inn na Christopher Street w Nowym Jorku nie był przytulnym lokalem dla miłych, zadbanych gejów z klasy średniej. Był spelunką prowadzoną przez rodzinę mafijną — konkretnie Genovese — która opłacała policję za spokój, trzymała alkohol w cenach które można było uznać za śmiałe nawet jak na Nowy Jork, i obsługiwała klientelę której naprawdę nikt inny nie chciał obsługiwać. Drag queens. Transwestyci. I młodzi bezdomni geje — czytaj: chłopcy wyrzuceni z domów po coming oucie, bez grosza, utrzymujący się z seksu. Kurwy, jeśli ktoś woli mniej dyplomatycznie. I to oni, ci wyrzutkowie, ci z samych dołów każdej możliwej hierarchii — i tej heteroseksualnej i tej gejowskiej — to oni 27 czerwca 1969 roku postanowili nie dać się po raz kolejny załadować do suk. Procedura była standardowa i wszyscy ją znali: nalot, legitymowanie, aresztowanie tych którzy akurat mieli na sobie coś "nieodpowiedniego" — nowojorskie prawo zakazywało noszenia ubrań "niezgodnych z płcią", więc kiecka na mężczyźnie była wykroczeniem, nie fanaberią na którą każdy mógł sobie pozwolić kiedy miał ochotę. I tyle nocy klientela szła grzecznie. A tej nocy nie poszła. Poleciały monety, butelki, buty. Policja zamknęła się w środku i czekała na posiłki. Zamieszki trwały kilka dni. I zaczął się ruch, który ostatecznie — przez dekady, przez krew, przez AIDS, przez kolejne pokolenia — doprowadził między innymi do tych wszystkich korporacyjnych platform z DJ-ami o których pisałem wyżej. Rewolucji nie zrobili uśmiechnięci geje w garniturach. Rewolucję zrobiły kurwy i przebieraczki. Ci których środowisko gejowskie — to bardziej "prezentowalne", to z klasy średniej, to które chciało być zaakceptowane — przez lata próbowało wyrugować z własnej historii. Bo nie pasowali do narracji o obywatelach walczących o prawa. Kilka dni temu wziąłem udział w dyskusji o tym czy cruising — a właściwie u nas pikieta, — jest "obrzydliwym przyzwyczajeniem starych dziadów przez które heteromatrix nas nie szanuje". Napisałem że to zabawne jak generacja spędzająca pół życia na cruisingu online — bo czymże innym jest Grindr jeśli nie piketą w telefonie — oburza się na tych co robią to w realu, bez aplikacji i bez algorytmu dopasowującego. Ale zostawmy to. Ciekawe tylko jak ci, którzy z taką łatwością stosowali slut shaming i mononormatywność w swoich wypowiedziach, poradzą sobie z myślą że bez męskich kurew i przebieraczek być może nie mieliby z czego być dumni. Tak było. I warto o tym pamiętać — szczególnie stojąc przy korporacyjnej platformie z napojem w tęczowym kubku za dwadzieścia pięć złotych. PS Stan Stonewall na zdjęciu nie zamierzony. Ale adekwatny