Podziwiał również stojącego przed nim tyłem mężczyznę i zwyczajnie się przytulił. Owinął swoje ręce wokół jego brzucha, a głowę wtulił w łopatki. - Jesteś dobrym człowiekiem – powiedział szeptem. - Skąd wiesz? – zapytał zbity zupełnie z tropu Kilian. - Czuję to. Po kąpieli, owinięci w ręczniki przenieśli się do salonu. - Hm, właściwie to nawet nie zapytałem – zaczął brunet – jesteś głodny? - I to jeszcze jak! – teatralnie odpowiedział młodszy. Kilian poszedł do lodówki, otworzył ją i ze smutkiem stwierdził, że właściwie nawet nie ma z czego zrobić obiadu. - No to mam propozycję. Lodówka niestety nic sobą dzisiaj nie przedstawia, więc będzie trzeba zrobić zakupy później. Ale nie zmienia to faktu, że biorę cię na obiad. - Ojej, a ja taki nieubrany – odparł Patryk, wstając z kanapy i przypadkowo zrzucając ręcznik. - Ojej, trzeba chłopcu pomóc się ubrać może? – zawadiacko rzucił starszy. - Nie, chłopiec jest już duży i potrafi sobie zawiązać buciki! – teatralnie obrażonym tonem odpowiedział blondyn. - To bardzo ładnie, to proszę się ubrać. Potem skoczymy na jakieś zakupy i ogarniemy pracownię. - Jak pan każe… - posłusznie odpowiedział Patryk. Chciał trochę też sprawdzić Kiliana, czy ich gusta światopoglądowe są zbieżne. Coraz bardziej przekonywał się o tym, że owszem, ale chciał mieć większą pewność. Kilian uśmiechał się pod nosem i poszedł w kierunku sypialni, żeby się ubrać. Zaraz za nim poszedł też i jego lokator. Ubrali się dość lekko, bowiem termometr wskazywał około 25 stopni. Opuścili kamienicę i ruszyli w stronę centrum. - To na co masz ochotę? – zapytał Kilian rozglądając się tym samym na przejściu dla pieszych. - Wiesz co? Jakieś oryginalne czeskie żarcie. Nie wiem, svickova, vepro-knedlo-zelo, smazak… - Właściwie to dobry pomysł. Idziemy do Drevneho Vlka. Tam mają wyśmienitą czeską kuchnię. Przeszli praktycznie podobną drogę jak wczoraj, jednak teraz za dnia Patryk nie mógł przestać się zadziwiać miastem. - Jak tutaj jest cudnie! - No to prawda. Widzisz przed nami? Tam na wzgórzu? To jest właśnie Spilberk. Szli rozmawiając jeszcze kilkanaście minut aż doszli do restauracji. Utrzymana była w stylu karczmy, jednak o tej godzinie nie siedziało tam wielu gości. Weszli do środka i zajęli miejsca przy ciężkich, ciemnych ławach wykonanych z litego drewna. Po chwili podszedł do nich kelner. Patryk zamówił ser smażony z frytkami i sosem tatarskim, natomiast Kilian wziął polędwicę wieprzową w sosie warzywno - śmietanowym. Zjedli lunch, a następnie udali się nieopodal na Targ Kapuściany, na którym w sezonie można było kupić owoce, warzywa i kwiaty. Kilian postanowił kupić owoce i warzywa. Następnie przeszli się jeszcze chwilę po placu, na którego środku stała fontanna Parnasu, tym razem w pełni oświetlona słońcem. Patryk wszystkie miejsca dokładnie obserwował i nawet fotografował, bo jak się okazało zdążył wziąć ze sobą aparat. Z drugiej strony placu stały rozstawione namioty, bo akurat w tych dniach było święto wina południowo morawskiego. - Tutaj zawsze coś się dzieje, pamiętaj o tym – rzucił nagle Kilian z pełną powagą. - O, to wspaniale! – odpowiedział Patryk zza aparatu, robiąc właśnie brunetowi zdjęcie. - To miasto faktycznie wcześnie chodzi spać, ale robi to z przytupem. Wolnym krokiem udali się w kierunku Katedry Piotra i Pawła stojącej na jednym z najwyższych wzgórz Brna. Ostatecznie stanęli przed monumentalną budowlą widoczną niemal z każdego miejsca w mieście. - Jest piękna…- ze zdumieniem powiedział Patryk. - Oj jest, chodź do środka! Weszli do chłodnego budynku. Wnętrze było dość surowe – w pomalowanych na biało ścianach znajdowały się nisze ołtarzowe, a długie, ciemne prezbiterium wykończone było sklepieniem gwiaździstym, natomiast pod ścianami stały stalle. Na przeciwległym końcu, na emporze stały ogromne organy. Patryk próbował ukradkiem fotografować wnętrze okazałej budowli wciąż nie mogąc wyjść z zachwytu. Kilian z rozczuleniem obserwował ten zachwyt młodszego mężczyzny. Obeszli budynek dookoła. - Chcesz wejść na wieżę? – zapytał brunet. - A jest taka możliwość!? - No oczywiście! - Pewnie! – radośnie odpowiedział Patryk. Obaj wyszli z katedry, żeby udać się do bocznego wejścia na wieżę. Kupili bilety i zaczęli wędrówkę po schodach. W połowie drogi można było wejść do pomieszczenia, w którym znajdowała się część stałej ekspozycji muzeum diecezjalnego. Znajdowały się tam monstrancje, kielichy, pateny, pierścienie biskupie, tiary oraz ornaty z lat przedsoborowych. Wystawa jednak była dość mała, więc po kilku minutach wrócili do drogi na wieżę. Po wejściu na poddasze okazało się, że między sklepieniem katedry, a jej dachem jest jeszcze bardzo duża powierzchnia. Obydwie wieże kościoła łączył metalowy mostek. Z wież natomiast rozpościerał się widok na miasto, wzgórza oraz okoliczne pola i mniejsze osady. - O, Brno jest jednak dość duże! – stwierdził blondyn po stanięciu na balkonie wieży. - Owszem, jednak poszczególne dzielnice są od siebie w pewien sposób odgrodzone. Na przykład lasami czy wzgórzami. - Faktycznie, teraz to widzę! – Patryk odpowiedział ponownie zza aparatu. Mężczyźni zeszli z wież katedry i powolnym krokiem udali się do stojącego nieopodal obelisku Franciszka Józefa oraz altany. Tam na chwilę usiedli. - To co, powoli trzeba nam wracać pewnie? Mamy trochę do zrobienia… - rzucił młodszy. - No, skoro tak Ci się spieszy do pracy, to chyba masz rację… - Znaczy nie! – zakłopotał się Patryk – Możemy jeszcze gdzieś się przejść! Dla mnie nie ma problemu… - Spokojnie zwierzaku, ten dzień mamy cały dla siebie. I tak jestem pod wrażeniem jak łatwo zebrałeś się po wczorajszej popijawie. Mi to sprawiło nieco więcej problemu.