Mężczyźni ruszyli w stronę Spilberku. Szli spokojnym krokiem, jednak zupełnie na około, przez centrum i koło teatrów. - Chcesz zajść do środka? – zapytał Kilian, kiedy przechodzili koło Teatru Malinowskiego. - Chętnie. Weszli do budynku, którego foyer było bogato zdobione i złocone. Między wejściami znajdowały się małe budki z ciemnego drewna z niemieckimi napisami kasse, co świadczyło o tym, że teatr pochodził jeszcze z czasów cesarstwa. Nietrudno było w to uwierzyć. Patryk tradycyjnie obracał się wokół swojej osi z otwartymi ustami. - Po co komu cholerny Wiedeń? – w końcu z siebie wydusił. - Prawda? Blondyn zrobił kilka zdjęć i opuścili korytarz teatru idąc dalej przez park. Szli wzdłuż opery Janacka aż trafili na ulicę prowadzącą prosto na Spilberk. Słońce wciąż wisiało na niebie, jednak w powietrzu czuć już było jesień, a dni zdecydowanie się skracały. Liście już delikatnie żółkły na drzewach, a wieczorami robiło się chłodniej. Mężczyźni szli pod górę, mijając za sobą Czerwony Kościół Jana Amosa Komenskeho. Każdy zajmował się swoimi myślami. Patryk zastanawiał się co zrobić dalej, jeżeli jednak ta więź się zacieśni. Zostać tutaj? Studiować? Przenieść się? Wszędzie za granicą życie będzie lepsze niż w Polsce. Nie tam, nie teraz. No nic, zobaczymy… Wzgórze zamkowe było dosyć strome, chociaż okalające je ścieżki z początku były łagodne. Jednak im wyżej, tym ostrzej szły one pod górę. Mężczyźni przeszli obok pomników upamiętniających ofiary Cesarstwa Austro-Węgierskiego z różnych stron świata, między innymi z Włoch, Węgier, czy też z Polski. Nieopodal, na zboczu pasły się kozy. Patryka to wyjątkowo zaskoczyło. - Też tak miałem na początku, jednak w wielu parkach jest to normalny widok, bo widzisz…te kozy, czy czasem świnie są źródłem naturalnego i najwydajniejszego nawozu. - No patrz, nie wpadłbym na to! - młodzieniec uderzył się ręką w czoło - A dla nich to normalne. Miło, że naturalne rozwiązania nadal mają swoje zastosowanie w przyrodzie - Kilian uśmiechnął się czule, ale nagle jego wyraz twarzy się zmienił - dobra, zapomniałem że to wciąż nawóz. Chodź, spadamy stąd wyżej, bo zaraz pomrzemy - Kilian ruszył przed siebie, a Patryk zaśmiał się w głos. - Proszę pana, ależ pan delikatny - wciąż się śmiał, dotrzymując towarzyszowi kroku. - No, do niektórych zapachów chyba nie przywyknę… Szli dalej mijając podzamcze, by ruszyć w kierunku głównej bramy zamkowej. - Tutaj - zaczął gospodarz - latem odbywają się festiwale muzyczne i teatralne, chociaż akustyka… no, pozostawia czasem wiele do życzenia. Najważniejszą jednak rozrywką jest rozpoczęcie festiwalu Ignis Brunniensis. Jest to festiwal sztucznych ogni oraz dronów. Odbywa się właśnie tutaj, ale też na tamie miejskiego zbiornika retencyjnego, który leży na północny wschód od miasta. Ogólnie pierwotny zamek powstał jakoś w trzynastym wieku. Przez lata był siedzibą margrabiów morawskich, twierdzą, elementem fortecy, ale również więzienie. Pod nami znajdują się rozległe kazamaty. Zabrałbym cię do nich, ale nie wiem czy chcesz… - Kilian się speszył. - Wiesz co? Przyjdzie jeszcze na nie pora. - Też prawda. Odechciało ci się już wracać do mieszkania? - Tak cudownie o tym wszystkim opowiadasz, że teraz to najchętniej bym z tobą zwiedził całe miasto, panie przewodniku - Patryk patrzył maślanymi oczami. - Oj, jeszcze zdążysz je całe zobaczyć, nawet ze mną jako przewodnikiem. Lubię po prostu wiedzieć o miejscu, w którym żyję. Tak samo zwiedziłbyś ze mną Poznań, z tym, że Brno jest dwa razy mniejsze pod względem ludzkości. - No co ty! Przecież tyle tutaj ludzi, a i samo miasto wydaje się być duże… - Z tym to jest zabawna sprawa, bo Brno jest od Poznania mniejsze tylko o trzydzieści kilometrów kwadratowych. Chodź na wieżę, to zrozumiesz o co chodzi. Obaj weszli na narożnikową wieżę zamkową. - Widzisz? Zobacz - Kilian stanął zaraz za Patrykiem, tak żeby swoją dłonią móc być celownikiem dla jego oczu - tam są bloki, tam jakieś fabryki i kominy, a pomiędzy tym pełno zielonych kleksów. W granicach miast jest bardzo dużo zieleni, czy to parków, czy lasów kieszonkowych, czy też klinów. Ta równowaga jest bardzo wyczuwalna też zimą. W Brnie praktycznie nie ma smogu, a nawet jak idziesz przy ulicy to czujesz zapach świeżego lasu. - Ale to miasto jest piękne z tej perspektywy. - Podobnie wyglądało wczoraj na wieży katedry, nieprawdaż? - Tak… - Patryk obrócił się do swojego przewodnika - cudownie tutaj… - ich usta zbliżyły się do siebie. Pocałowali się, korzystając z faktu, że na wieży byli całkiem sami. - To prawda - powiedział z rozmarzeniem Kilian - jest tutaj przepięknie - patrzył jednak w oczy Patryka. Przeszli jeszcze terenem zamkowym oraz podzamczem, żeby zejść przeciwległą od ich wejścia stroną. Zeszli ze wzgórza i trafili w stromą, wąską uliczkę. Trafili do jakiejś głównej ulicy. Patryk po prawej zauważył okazałą ceglaną budowlę sakralną. - I tak oto kolejny punkt na naszej mapie. Jakbyś się zastanawiał, to tak, mam wrażenie, że to miasto to jedna wielka gra miejska, która jest ze sobą połączona - zaśmiał się starszy - Albo po prostu skomasowali sobie zabytki, żeby turyści w przyszłości nie musieli chodzić po całym mieście - obaj się zaśmiali. Podeszli bliżej wysokiej budowy. - To jest bazylika Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Obok niej stoi klasztor. Jest to klasztor augustiański. Znasz może jakiegoś znanego augustianina z Brna? - zapytał Kilian z szelmowskim uśmiechem. - Nie jestem pewny… - odparł Patryk. - Matko, ma nadzieję, że cię nie nudzę! Przepraszam, może nie chcesz chodzić po mieście! - starszy wpadł w konsternację. - Nie, proszę cię! Bardzo miło mi się tego słucha, a jeszcze opowiadasz tak interesująco - nowoprzybyły uśmiechnął się szczerze. - No dobrze, trzymam cię za słowo. Zatem, może pamiętasz z biologii… - Hm… czekaj… coś mi świta…groszki? - Groszki - Kilian kiwnął głową. - Genetyka? - Owszem. - No to Medel! - rzucił radośnie Patryk. - Dokładnie! To w tym miejscu Johann Gregor Mendel doświadczył tych znienawidzonych przez nas potem krzyżówek na własnej skórze. Do klasztoru dzisiaj nie pójdziemy, ale możemy wejść do kościoła. Leży w nim fundatorka i królowa czeska i polska Elżbieta Ryksa. Jej grób jest bardzo skromny, w zasadzie to tylko złoty kapsel na posadzce. Podobny do tych paryskich, które oznaczały ówczesny południk zero. Zresztą sam zobaczysz. Weszli do ciemnego budynku na planie krzyża, który mimo gotyckiej budowy w środku był całkiem bogato zdobiony. W ołtarzu głównym znajdował się obraz Czarnej Madonny osadzony w barokowym ołtarzu. Pod organami natomiast, na przeciwległym końcu budowli znajdowała się kaplica, która jest wykorzystywana w dni powszednie oraz do nabożeństw, w których uczestniczy mniej wiernych. Patryk oczywiście wszystko fotografował z ukrycia. - Nie musisz się kryć z robieniem zdjęć. Pamiętaj tylko, żeby nie używać flesza - powiedział ciepło Kilian. - O, to dobrze, mają tutaj normalne podejście. - Tak, zdecydowanie. Obeszli jeszcze kościół dookoła, starszy dalej wykładał o jego historii i poszczególnych elementach dekoracji. Młodszy natomiast szedł wsłuchany w ten ciepły i głęboki głos. Wyszli z budynku. - Głodny? - zapytał gospodarz. - Oj taak, trochę się nachodziłem, teraz czas uzupełnić kalorie - Patryk chwycił się za brzuch. - To tu obok mamy kolejny zabytek, ale dzisiaj go już nie zwiedzimy. Jest to browar. Chodź, zapraszam na obiad. Podeszli do budynku stojącego dosłownie za klasztorem, zamówili jedzenie oraz regionalne piwo. Kilian opowiadał jeszcze o mieście, a Patryk słuchał zaciekawiony zarówno w trakcie oczekiwania na jedzenie, jak i podczas samego jedzenia, które było swoją drogą ucztą dla jego kubków smakowych. Po obiedzie gospodarz zapłacił i zamówił taksówkę do domu. Oddalili się od niego bowiem znacznie. W samochodzie rozmawiali jeszcze o czeskiej kuchni i braku w niej dodatków warzywnych oraz zawrotnych ilości sosu na talerzu. Byli tym tak zaaferowani, że nawet nie wiedzieli kiedy podjechali pod kamienicę. Wysiedli i weszli do budynku. W windzie Patryk zbliżył się do Kiliana i po prostu się do niego przytulił. - Jesteś wspaniałym przewodnikiem po mieście - powiedział stłumionym głosem. - Ty natomiast jesteś wspaniałym odbiorcą. Niesamowicie dojrzałym. Masz w ogóle jeszcze siłę na cokolwiek - zapytał właściciel mieszkania - Mam tylko na posprzątanie zaplecza fotograficznego – zaśmiał się młodszy jak weszli do apartamentu. - To jest właśnie ta odpowiedź, której potrzebowałem – uśmiechnął się szeroko Kilian i poszedł umyć ręce. Patryk poczuł wibracje swojego telefonu. Dzwoniła akurat Magda, do której i tak miał zadzwonić. - Hej ciociu! Co tam dobrego? Właśnie miałem do ciebie dzwonić! - Hej Patryk! Jak tak pobyt w Czechach? Jak winogrona? Dojrzałe? – entuzjastycznie zaczęła kobieta. Jej głos był młody i energiczny. - No właśnie sytuacja się zmieniła… - Jak to? - Nie jestem na zbiorze. W międzyczasie dostałem ofertę pracy jako fotograf…tylko nie bądź zła… poznałem go w pociągu. Jest fotografem, fantastycznym człowiekiem, a ja miałem przy sobie i tak moje portfolio… - Słońce, dlaczego miałabym być zła? Zawsze miałeś wyczucie do ludzi. O tym też chciałam porozmawiać. Przyjadę do ciebie w czwartek. - Ale… - w tym momencie połączenie urwało się. Patryk wpatrywał się w przestrzeń przed sobą chwilę jeszcze trzymając telefon przy uchu. Odłożył go po czym udał się do łazienki. - Kilian, Magda przyjedzie za trzy dni…mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza. Jednakże po prostu oznajmiła mi telefoniczne, że będzie w czwartek u mnie. - Czekaj, tak po prostu? Bez słowa wyjaśnienia? - Powiedziała tylko, że odnosi się to do mojego wyczucia do ludzi. - Ha! Wiedziałem! – Kilian aż podskoczył z wrażenia – Mówiłem ci, że ona coś wie o tych twoich oczach! Przyszła teraz pora wtajemniczenia cię! - Och, przestań… chociaż? Matko, nie pójdę spać przez te trzy noce. Ale czekaj, nie masz z tym problemu? - A dlaczego miałbym mieć?! Jeżeli jest taka, jak opowiadałeś to z pewnością zostanie na weekend na imprezie. - Oj kochany, tego możesz być pewny jak śmierci dnia pewnego. Imprezy to ona sobie nie odpuści. Tylko trzeba kupić gin, jest jego fanką. - No to się bardzo dobrze dogadamy.