Chcieliśmy jak najlepiej, wyszło jak zawsze Kiedy patrzyłem na Tuska we wtorek, pomyślałem: to dokładnie ten sam mechanizm co z aborcją. Aborcja w Polsce: zabroniona. Aborcja za granicą: dostępna na życzenie. Wyjedź, zrób, wróć. System perfekcyjnie obłudny – państwo udaje, że przestrzega „wartości", a jednocześnie wie doskonale, że ci, którzy mają środki, załatwią sprawę gdzie indziej. I teraz mamy dokładnie to samo z małżeństwami. W Polsce nie ma nawet Sublokatora +. Ale pojedziesz do Hiszpanii, Holandii, Niemiec – państwo polskie, niechętnie, po dwudziestu dwóch latach i po wyrokach TSUE i NSA, powie: okej, wpiszemy was do rejestru. Wyjedź – zrób – enjoy. Pod warunkiem że masz pieniądze na zagraniczny ślub i nie mieszkasz w miejscu, gdzie „wszyscy by wiedzieli". Ta osoba z PRL-u miała rację Pisałem w poprzednim numerze o pewnej anonimowej, wysoko postawionej osobie z czasów PRL-u, która powiedziała mi kiedyś: „Tu za 50 lat się nic nie zmieni. Możesz się starać, możesz walczyć, ale mentalność zostanie". Po czterdziestu latach od tamtego spotkania muszę przyznać: miała rację. Bo co się zmieniło? Pierwszy projekt Szyszkowskiej – 2003. Kolejne projekty SLD, Ruchu Palikota, Platformy – wszystkie odrzucone. Osiem lat PiS. Powrót koalicji „pro-europejskiej" w 2023. I... dalej nic. Bo PSL, bo wyborcy, bo adopcja to przesada, bo małe kroki. A potem przyszedł TSUE. I NSA. I powiedziały: nie, panowie, nie możecie tak. To jest obowiązek prawny. Dopiero wtedy Tusk wstał i powiedział: nadszedł czas decyzji. A my mieliśmy rację wchodząc do Unii To jedyna rzecz, która się tutaj naprawdę zmieniła. I bez Unii mogłoby się tu nadal nic nie zmienić. Bo krajowe próby – wszystkie, każda, przez dwadzieścia dwa lata – kończyły się porażką. Sejm odrzucał, komisje blokowały, koalicjanci się wycofywali. „Wartości chrześcijańskie", „definicja małżeństwa w konstytucji", „większość Polaków jest przeciwna". I dopiero kiedy przyszedł wyrok z Luksemburga – bo tam siedzi TSUE – nagle się okazało, że jednak można. Że jednak trzeba. Że praworządność, godność, prawa człowieka. Bo Unia ma mechanizmy. Unia ma trybunały. I Unia – mimo wszystkich swoich problemów, biurokracji, oderwania od rzeczywistości – ma w swoim DNA pewną podstawową zasadę: że obywatele państw członkowskich mają takie same prawa. Że nie możesz jednym uznawać małżeństwa, a drugim odmawiać transkrypcji tylko dlatego, że są tej samej płci. I to właśnie jest powód, dla którego mieliśmy rację wchodząc do Unii. Nie ze względu na dotacje, nie ze względu na swobodę przemieszczania (choć to też ważne). Ale dlatego, że bez Unii – bez tej zewnętrznej siły, która mówi polskiemu państwu „nie, tak nie można" – byśmy tu siedzieli kolejne dwadzieścia dwa lata, czekając aż krajowe polityczne kalkulacje w końcu pozwolą nam być ludźmi. Co teraz? Tusk zapowiedział rozporządzenie. Trzaskowski ogłosił transkrypcje. Gawkowski podpisał projekt zmian. A dziś wpisano do rejestru pierwszą parę. Brzmi jak zwycięstwo. Ale to nie jest zwycięstwo. To jest przymusowe wykonanie wyroku. Państwo, które przez dwadzieścia dwa lata mówiło „nie", teraz mówi „okej, bo kazał Luksemburg". I nadal nie ma związków partnerskich – projekt leży w Sejmie od grudnia 2025. Jest „nadzwyczajna komisja", która będzie „pracowała". Czyli odkładanie, kompromisowanie, małe kroki. A najlepsze? Tusk powiedział wyraźnie: to nie otwiera możliwości adopcji. Bo PSL by się obraził. Może sondaże Bo nagle, po miesiącach ciszy, w ciągu kilku dni dzieje się wszystko naraz. NSA wydaje siedem wyroków. Trzaskowski ogłasza transkrypcje. Tusk przeprasza. Gawkowski podpisuje rozporządzenie. I myślicie, że to przypadek? Że nagle wszystkich olśniło sumienie? A może po prostu sondaże pokazały coś, czego koalicja się nie spodziewała. Że temat małżeństw jednopłciowych przestał być toksyczny. Że młodsi wyborcy – ci, na których KO i Lewica liczą w kolejnych wyborach – nie tylko nie są przeciwni, ale oczekują działania. I nagle się okazało, że można. Że jednak nie trzeba się bać PSL-u i jego „wartości". Że może jednak elektorat nie ucieknie. Czyli klasyka polskiej polityki. Nie robimy czegoś, bo to słuszne. Robimy, bo sondaże pokazały, że można. Dwadzieścia dwa lata czekałem na słuszność. Dostałem sondaże. Pytanie na koniec Kiedy usłyszałem przeprosiny Tuska, pomyślałem o wszystkich, których już nie ma. O tych, którzy czekali dwadzieścia lat i nie doczekali. O tych, którzy nie mieli pieniędzy na zagraniczny ślub. O tych, którzy umarli w samotności prawnej – bez prawa do informacji medycznej, bez prawa do dziedziczenia. Dla nich państwo nie zdało egzaminu. I już nigdy go nie zda. Czy po ośmiu tysiącach czterdziestu czterech dniach to, co dostaliśmy dziś, to zwycięstwo? Nie wiem. Czuję zmęczenie. I wściekłość, że ta osoba z PRL-u miała rację – że tylko zewnętrzna siła, Unia i jej trybunały, jest w stanie zmusić to państwo do traktowania nas jak ludzi. A bez Unii? Siedzielibyśmy tu kolejne dwadzieścia dwa lata. Czekając. Wojna o równość: odcinek 8044. I licznik bije. Zdjęcie Isaac Smith na Unsplash Czytaj też: Powiedzieli: mozaika wypowiedzi polityków oraz Osoby Najbliższe: co możesz zrobić?