Dawno temu, kiedy zaczynaliśmy, nie było nawet... fejsa. Nie wspomniając nawet o Grindrze czy innych apkach. Był faks, były gazety, był telefon zaufania czynny trzy wieczory w tygodniu i para kawiarni, gdzie można było w spokoju usiąść i nie udawać. Tyle. I jakoś się żyło – no, różnie się żyło, ale żyło. A teraz? Masz Grindr, Scruff, Hornet, Tinder, Hinge, grupy na Facebooku, kanały na Instagramie, TikToki z tęczowymi flagami, podcasty, newslettery, organizacje, fundacje, marsz w każdym większym mieście. Masz tego kurwa tyle, że nie wiadomo gdzie patrzeć. I co z tego wynika? Nic. Albo prawie nic. Bo okazuje się, że mając to wszystko, wciąż nie mamy tego co trzeba. Pomimo tysięcy profili w apkach. Pomimo klubów i miejsc różnego autoramentu. Pomimo organizacji, grup wsparcia, inicjatyw oddolnych. Pomimo całego tego hałasu – ludzie są samotni. I to niekoniecznie mniej samotni niż kiedyś. Może nawet bardziej, bo kiedyś przynajmniej wiedzieliśmy, że jest nas mało i że musimy się trzymać razem. Teraz każdy siedzi ze swoim telefonem, scrolluje profile, i ma złudzenie, że jest w środku czegoś. Nie jest. Apki randkowe – powiedzmy to wprost – nie są dla nas. To znaczy: są dla naszych krocza, ale nie dla reszty. Grindr to narzędzie do seksu (co jest absolutnie w porządku), ale nazwanie go "społecznością LGBT+" to jak nazwanie McDonalda "kulturą kulinarną". Możesz tam coś zjeść, ale nie oczekuj kolacji. Zbadali to zresztą różni badacze, nie tylko ja: im więcej czasu spędzasz na apkach, tym większe poczucie izolacji. Paradoks totalny – narzędzie połączenia, które produkuje samotność. A co z mediami? No właśnie. W Polsce nie ma czegoś, co by opowiadało o naszym życiu tak po ludzku – co obejrzeć, gdzie pojechać, jak ugotować, co czytać, jak sobie poradzić kiedy masz 55 lat i właśnie wychodzisz z szafy, albo 25 i nie wiesz co z sobą zrobić. Są magazyny i portale z newsami (PiS znowu coś powiedział, kolejny wyrok ETPC, marsz zablokowany albo nie). To ważne. Ale to nie jest życie. To jest kronika wojennych komunikatów. My chcemy pisać o życiu. Dlatego wróciłem. (Powinienem powiedzieć "wróciliśmy", bo to projekt zbiorowy. Ale to jest wstępniak, więc mówię za siebie.) Trzydzieści pięć lat temu robiłem Men i Nowy Men. Gazety papierowe, drukowane, spóźnione o miesiąc, z błędami w składzie i okładkami które dzisiaj wywołałyby hejt w ciągu pięciu minut. Ale ludzie je czytali. Pisali listy – tak, papierowe listy – że nareszcie mają coś swojego. Że siedzą w małym mieście i nie czują się zupełnie sami. Że są. To uczucie – że jesteś, że ktoś o tobie pisze, że twoje życie jest normalnym życiem wartym opisania – nie straciło na aktualności. Zmieniło się medium. Nie zmieniła się potrzeba. gay.pl ma być czymś innym niż apka. Czymś innym niż kronika krzywd (choć o krzywdach też będziemy pisać, bo są). Chcemy pisać o klubach i o tym co je wyróżnia, o filmach które warto obejrzeć i tych których warto unikać, o randkowaniu po pięćdziesiątce, o tym jak zbudować życie kiedy przez lata budowałeś nie swoje. O zwykłych, konkretnych rzeczach. Bez ściemy. Bez korporacyjnego "jesteśmy dumni i inkluzywni". Bez farmazonu. Właśnie to.